sobota, 17 lutego 2018

17 lutego

Na chwilę obecną każdy ma prawo pomyśleć, że moja rodzina to ciężka patologia. 
Wcale ale to wcale się nie przejęzyczyłam.
Przekupstwa, wymuszenia, szantaże jak dzień długi i szeroki, i ten rynsztokowy język nie nadający się do cytowania. A nie zatkasz pysków!

Czesiek - ksywa Recydywa (leci po całości)
Kropa - lekomanka (udział w kartelu)
Tofi - usługi seksualne (pracownik roku)
Kapsel - fetyszysta (specjalność: gąbki kuchenne)
Perła - wystawia w cyberprzestrzeni swoje nieprzyzwoite foty,  tyłem,  boczkiem,  z chmurką w domyśle: "Jestem śliczna jak z obrazka, żyje się raz" (a przecież każdy wie, że siedem razy)
Lasia - przemoc   (i ostre uszkodzenia ciała)

Przyznam, potrafią być urocze, szczególnie gdy w natchnieniu melorecytują, inaczej mówiąc wciskają kit jak zawodowi szklarze.
Ale policzyć miski do śniadania, czy zacytować filozofa to już nie.
Rodzina to na szczęście nie jest stała matematyczna.
Bo tu właśnie coś się w rodzinie zmienia.

Nasze najmłodsze dziecko prawdopodobnie jest genialne!  
We dnie siedzi przykute do komputera i tworzy programy.


Znajdujemy genialne zapiski i wydrapane znaki.

Na dobranoc rozkminia komputery.

Pytam dziecko: o czym rozmyślasz?
a wtedy dziecko podnosi na mnie wzrok osoby rozmyślającej o komputerach!

Wiele razy logowało się w tej torbie...

w torbie ...w sto ugryzionych jabłuszek!

Czyli co teraz z tym dzieckiem, jaką placówkę edukacyjną i w ogóle jak zrobić,  żeby geniusz z dziecka nie wyparował....

środa, 7 lutego 2018

Miłość od pierwszego wejrzenia

Byłam świadkiem, jak na moich oczach rozkwitła miłość od pierwszego wejrzenia!
Bywało, że jakieś miłości rozkwitały na moich oczach, ale do tej konkretnej ja sama się przyczyniłam.
Jak to stało?
Zaczynając od Adama i Ewy: szukałam pomysłu na prezent.
Wrzuciłam do komputera następujące dane o koleżance jubilatce:
- fajna babka (piękne oczyska, blond loki i modelowa figura, a fuj!)
- matka dziecku (to dziecko z medalami za sport)
- kochanka kochankowi (czyli ojcu swego dziecka, co za banał),
 -naukowiec lingwistka (gdy się mówi do niej po polsku, a nie językami, to nie ma okazji się czepić słówek. Wetuje sobie na czym innym, ha),
- feministka. Przez duże F  z rakietowym odpałem,
- poza tym jest pracowita, godna zaufania, sumienna, z mężnym sercem.
Dorzuciłam jeszcze info o jej aucie, o jej mieszkaniu, i paru innych rzeczach, bo to nigdy nie wiadomo, co się przyda sztucznej inteligencji, od której się żąda konkretnej odpowiedzi. Danych było mnóstwo, i co z tego.
Komputer międlił, międlił i nic nie wymiędlił. Nie całkiem nic, coś było, ale coś takiego, że wstyd opowiadać. Słaby  program albo przereklamowana ta cała sztuczna inteligencja. (Czyli moja druga połówka).
Głośno westchnęłam sobie w duchu.

Za to w mojej własnej głowie pogruchotało, poklekotało i pstryknęło.

Prezent  (będzie  o nim jeszcze) zrealizowałam i wręczyłam w przededniu urodzin. Nie obyło się bez zaskoczenia:

- Pierwszego,  bo spodziewała się ode mnie prezentu, lecz prędzej po terminie, niż przed terminem, ...ojej,  taka tradycja.

- Drugim zaskoczeniem była torba.
Przede wszystkim wszyscy razem jesteśmy niewymownie zaskoczeni: torba? coś podobnego... torba?!

- Trzecim zaskoczeniem był okrzyk: Kooocham!!!
okrzyk wydany w liczbie niepoliczalnej (prawdopodobnie trzy razy głośno, raz normalnie)
To trzecie zaskoczenie było zaskoczeniem dla koleżanki, że taka miłość od pierwszego wejrzenia ją dopadła.
Bo dla mnie nie było zaskoczenia, moja dusza wiedziała, że będzie uczucie.
Ale, rany, okrzyk był super.

Gdyby to było dzisiaj, może przy okazji przypomniałabym swojej krejzi koleżance o szalonej Joannie d'Arc  (tłustym drukiem cytat z "Projektu Bronte" Jennifer Vandever), żeby choć trochę przybastowała,  z wielowiekowymi społecznymi uwarunkowaniami nie wygra, niech inaczej ustawi swoje spojrzenie to nie pozna bólu rozczarowania, niech nie spala się na stosie idei, i w żadnym punkcie nie próbuje być Joanną d'Arc, bo już na to za dużo ma wiosen (w lutym koleżanka ma urodziny, więc liczenie można jej zacząć od wiosny),  
która w swoim szaleństwie:
 "rozmawiała... z Bogiem i trojgiem świętych,
nękała brytyjskiego monarchę,
poprowadziła swój kraj do zwycięstwa,
zachwiała stereotypami związanymi z płcią,
rzuciła wyzwanie prześladowaniom religijnym,
a przy tym znalazła czas, by od czterech lat nie żyć."
Tylko o tych czterech latach niekoniecznie bym wspomniała, żeby nie  wprowadzać koleżanki w panikę.
Śmiało to wszystko mogłabym wyrecytować, bo przecież nikt, absolutnie nikt nie zdaje sobie sprawy, jakie absurdalne sytuacje mogą mu się przydarzyć..
Chociaż. Jednak nie, Joanny szaleństwo było zupełnie odmiennego rodzaju.

Natomiast na pewno o kimś koleżance powiem,  o kimś uwielbianym przez nią najbardziej na świecie.
Manuela Gretkowska pisze w "Europejce", że gdy była w Chinach i przedstawiała się, że jest z Polski, to:
"... młodzi czy starzy, na prowincji czy w Pekinie wykrzykiwali: Juli Furie!
Wreszcie znalazłam  w książce Kalickiego powód tego entuzjazmu:
Maria Skłodowska-Curie jest najlepszym symbolem i patronem dla chińskich uczniów. Była na samym dnie, bo była kobietą i nie miała żadnych zdolności, żadnych talentów. A mimo to samą ciężką praca zdobyła dwie nagrody Nobla."

Powiem jej to wszystko o ukochanej Skłodowskiej, powiem, bo to jest takie urocze!

Torba,
którą koleżanka już od kilku dni nosi na ramieniu.



Torba czarna, litery białe.
Specjalnie litery wyszyłam trochę krzywo, żeby był taki efekt napisu kredą na tablicy. 
Efekt idealnego wydruku komputerowego byłby pewnie trudniejszy, ale chyba mniej ciekawy.


Czas pokaże,  czy romans (koleżanki z torbą) będzie udany.
Włoskie przysłowie (inni twierdzą, że mongolskie) mówi, że ukochana wybranka musi podobać się innym, wtedy jest jeszcze atrakcyjniejsza dla partnera.
Wiadomość z ostatniej chwili: torba podoba się koleżankom mojej koleżanki, natomiast koledzy nie podjęli jak na razie wątku.
Oczywista rzecz, że najważniejsze w związku jest napięcie miłosne,  wtedy każda inna sprawa układa się w miarę znakomicie. 
Nie jestem pewna, jak to powinno wyglądać  w związkach ludzi i toreb.

sobota, 6 stycznia 2018

Cieszyć się pięknem

Piękno często bywa odpowiednikiem szczęścia.
W odróżnieniu od szczęścia piękno potrafi przyjść i zostać, nie odleci jak sen złoty, a szczęście robi  to za każdym razem.
Ponadto piękno potrafi pojawić się w dwupaku, co jest całkowicie wykluczone w przypadku szczęścia.
Co do nieszczęścia to, niestety, chodzi parami, czwórkami, tuzinami, .... a zniknąć jak senna mara obawiam się, że nieszczęście nie potrafi. */

Do mnie piękno awizowały skrzaty.



Jak zobaczyłam skrzaty to mnie tchnęło, że coś to oznacza. I dobrze mnie tchnęło.

Skrzat i skrzatowa też są piękni. Nie mogą być brzydkie takie uśmiechnięte pyski z kartoflanymi nosami!

Tuż za skrzatami przyfrunęły do mnie dwie gwiazdki,  i  nie znikają z brzaskiem,  nie rozpuszczają w deszczu, nie rozpływają się w słońcu, lecz tym mocniej się skrzą niczym wirujące brylanty. Otóż w tym szczęśliwym momencie nawet słońce świeciło z nieba....
Gdy komórką robiłam fotki to słońca już nie było, natomiast były srebrne nitki deszczu na grafitowym tle. Za oknem, ale popsuć mi robotę im się udało.

Gwiazdki sfrunęły do mnie od Oli .


Tak, na zdjęciu widać ich artyzm, owszem, lecz daję słowo druhny drużynowej, że rzeczywiste piękno gwiazdek mocno przewyższa ich fotograficzne odbicie.
Dziękuję Ci, Olu!

Jako że początek roku, więc czas na życzenia.
Ogólne:

Serdecznie życzę Wam tego, czego Wy sobie winszujecie na Nowy Rok, niech się Wam spełni całościowy pakiet pragnień, precz z ograniczeniami!

Szczególne, czyli branżowe:

Życzę, żeby nie opuszczał Was entuzjazm do rękodzieła, bądźcie z nim w ostrej fazie miłości, takiej z ekstazą i udręką (udręki malutka szczypta dla smaczku). I żeby ani przez chwilę nie ogarniało Was wewnętrzne zwątpienie. Żebyście nie widzieli w niczym ograniczeń, za to widzieli możliwości, wszystkie ich kształty i barwy, i żebyście pozwolili swojej wyobraźni na swobodny lot. Pielęgnujcie swoje talenty i bądźcie szaleni!!! (w ramach rozsądku, hehe).

Dodatek specjalny na początek Roku:

Czytałam "Projekt prawda" Mariusza Szczygła i w pewnym momencie natrafiłam tam na zalecenia prof. Leszka Kołakowskiego, idealne na każdy moment życia,  tym bardziej na progu Nowego Roku. 
Co szkodzi powiększyć swoją listę noworoczną
(osobiście uważam, że nie ma takich spraw, których nie załatwiłaby lista do zrobienia. Na przykład zapisałam sobie, że napiszę post z życzeniami w pierwszym tygodniu Nowego Roku i co? jest!)
i zastosować w swoim życiu zalecane przez profesora filozofii trzynaście prawd.

"Po pierwsze, przyjaciele.
A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Nie pouczać.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu."

Cieszenie się pięknem zapewniła mi Ola.  Piękno ma kojący wpływ, napełnia radością, jakby w żyłach krążyło majowe słońce.
Rozkminiam resztę, bo nie chciałabym z zaleceń profesora skubnąć jedynie ulotnie, jednak część jest dla mnie nieosiągalna...
Chociaż np.: "wyzwolenie się z kultu młodości" jest całkiem spoko. Zapamiętałam sobie kiedyś na zapas o starości, że jest fajna dlatego, że już nie trzeba być młodym!

I jeszcze w rozpędzie przytoczę przypowieść (nie pamiętam czyją), co powiedział mistrz (nie pamiętam jaki i jak to dokładnie leciało). (Dziwne bardzo, że pamiętam to co pamiętam,  na okoliczność następnego roku, który właśnie przeminął niech więc to wystarczy:))

Gdy mistrz był młody to bardzo przejmował się, co inni o nim myślą.
Gdy był w średnim wieku przestał się tym przejmować.
A gdy jest stary to się okazało, że inni wcale o nim nie myślą.

Ta młodość to jest przereklamowana, kurdemol..
Gdy tak będziemy myśleć, to natychmiast się wyzwolimy z kultu młodości.

*/  Nie wierzyć w sprawiedliwość świata, mówi filozof? dobrze mówi!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Terapia

Są osoby, które nie lubią listopada (ja się do nich zaliczam), nie lubią grudnia (to tak jak ja), nie lubią stycznia oraz lutego, choć można powiedzieć, że od stycznia zaczyna im pociechę sprawiać obserwacja ustępującej powoli ciemności (mnie sprawia).
Mimo to radzą sobie, bo nie można bezkarnie mieć kilkumiesięcznej chandry, bo zawsze należy zachować dystans. Każdy ma jakiś swój sposób, jakąś formę terapii, bardziej lub mniej zaczarowaną abrakadabrę. Zastanawiam się nad wzbogaceniem swojej, bo według aktualnego stanu uważanie, żeby nie wstać rano lewą nogą nie wystarcza.
Teraz nastąpi prywatny wtręt.
Listopad pokazuje, co potrafi, a potrafi wszystko, choćby odebrać życie. Mojej koleżance. W piątek pojechała na badanie do szpitala, w trakcie badania źle się poczuła, więc zatrzymali ją na oddziale, w nocy straciła przytomność, i już jej nie odzyskała, śmierć przyszła we wtorek.
Czy rzeczywiście życie ma swój głęboki sens? jaki ma cel? czy wszystko jest po coś?  mam ochotę zapytać, czy jest na sali tłumacz, bo ten temat całkowicie przekracza moje  możliwości percepcyjne. Jedynie czego jestem pewna, to głównych filarów istnienia: cierpienia i obowiązków.
Mówiono: harcerka, a była nie harcerką lecz wołem roboczym, dawała się wykorzystywać, chętnie nazwałabym ją głupią naiwniaczką, ale nie nazwę,  to było wspaniałe.
Nie wierzę, że nie żyje.  Doprowadza mnie do szału myśl, że jej nie ma, a tu wszystko jak gdyby nigdy nic.
A jednak gdy wczoraj widziałam, że biegła i tylko grzywka jej podskakiwała, to nie pojechałam za nią i jej nie zawołałam! od kiedy to jestem taka racjonalna i nie wierzę w równoległy świat? po prostu okrutnie uznałam, że nic z tego nie będzie (jak powiedział matematyk mnożąc przez zero).
Na razie z tej śmierci wyciągnęłam roztropny wniosek: na badania do szpitala nie dam się zaciągnąć nawet w sto koni. Tzn. gdyby konie namawiały, to ja na to: o nie, nie skorzystam póki mi życie miłe.
  
Wracam do tematu jak zachować psychiczne rezerwy na następne groźne miesiące i wciąż dzielnie trwać na posterunku obowiązku i cierpienia.
Cierpienie dopada człowieka o każdej porze dnia i nocy, niekoniecznie listopadowej, wiadomo, że rękodzielnicy to wrażliwy materiał i mają obowiązek od czasu do czasu pocierpieć, lecz tylko troszeczkę, tyle, żeby pomogła i ukoiła je sztuczka z papugą, o której to sztuczce zaraz napiszę.
W ogóle to chyba już o tym kiedyś pisałam, ale pewności nie mam.
Ignacy Jan Paderewski miał papugę, którą nauczono kilka słów i pokazano co ma robić. Była widocznie dość bystra i taka właśnie papuga jest nam tu potrzebna.
Gdy Paderewski grał, papuga siadała blisko niego i zaraz po zakończeniu utworu darła dziób: "Brawo mistrzu! Bosko! Bis!" Albo pochylała głowę i szeptała: "O Boże, Jakie to piękne!"
Cudownie prosta terapia. Jeżeli wielkiemu kompozytorowi coś takiego było potrzebne, to co dopiero rękodzielnikowi, nawet bardzo zdolnemu.

Jest jeszcze jeden sposób bez gadającej papugi, za to z psem, bystrość psa nie ma znaczenia, pies potrafi pocieszać bez słów, pies to moim zdaniem podstawa. Terapia polega na tym, że patrzymy w oczy swoich psów i pławimy się w nieskomplikowanie czystym szczęściu. Podobnej terapii polegającej na bezwarunkowej akceptacji, oddaniu i miłości, jakim pies obdarza człowieka nie doświadczy się przy udziale kochanka,  rodzica i w ogóle nikogo (będąc kochanką, dzieckiem swojego rodzica i w ogóle nikim odpowiedzialnie zaświadczam).

Przy okazji przedstawiam uszytą przeze mnie torbę.



Uszytą według zamówienia (wzór love podpatrzony w Pintereście) 


Torba jest czarna, ma suwak i podszewkę.


I usztywnione rączki.

Niezależnie od innych terapii to praca, choćby była szyciem, jest również jakąś terapią.

czwartek, 2 listopada 2017

Facet z grobu obok


"- Co byś zrobił, gdybyś na eleganckim przyjęciu nagle zorientował się, że masz rozpięty rozporek? - zapytałam.

- Wyjąłbym klejnoty, przedstawił się jako rzecznik Krajowego Towarzystwa Ekshibicjonistów i spytał, czy ktoś chciałby  wspomóc naszą sprawę jakimś datkiem - odpowiedział. - Nie - dodał po chwili. - Tak naprawdę pewnie próbowałbym jak najszybciej zapiąć rozporek, ale zamek zaciąłby się na obrusie i cała zastawa poleciałaby na podłogę. Wtedy bym wstał i uśmiechając się od ucha do ucha, ruszyłbym w stronę drzwi z obrusem wystającym z rozporka. Schodząc po schodach, potknąłbym się i złamał obie nogi!
A co ty byś zrobiła, gdybyś kupiła książkę w księgarni, zapłaciła za nią, a potem w drugiej księgarni ekspedientka oskarżyłaby cię, że ją ukradłaś?

- Śmiejąc się histerycznie, szybko bym za nią zapłaciła. Kupiłabym jeszcze trzy takie same, mamrocząc pod nosem, że to świetna książka i że zamierzam ją podarować w prezencie znajomym. A potem wyszłabym stamtąd z czerwonymi uszami, zostawiając wszystkie cztery egzemplarze na ladzie!

Dochodzimy do wniosku, ze jeśli on jest pierwszym głupkiem w kraju, to ja się świetnie nadaję na jego żonę. Mnie też można będzie wypchać i pokazywać w skansenie."
"Facet z grobu obok" Katarina Mazzeti

Książka z grobem w tytule, z której pochodzi fragment, nachalnie domagała się wzmianki wczorajszego dnia, gdy słowo "groby" odmienialiśmy przez wszystkie przypadki.
Fajna jest ta książka, i jeśli ktoś po nią sięgnie, to nie popełni błędu, pod warunkiem, że nie odrzuca go od tematu pod nazwą: rolnik szuka żony. Bo będzie tu miał do czynienia z rolnikiem, który ni mniej ni więcej tylko szuka żony! książka jednak wcale ale to wcale nie głupkowata.
(Przecież jakbym wpisała za mądry fragment, to ktoś pomyślałby, że zabłądził na jakiś nowy mądry blog i potem byłoby mu przykro, że figa, bo to zmyłka była).

A wczoraj...
Wczoraj wysłuchałam Tofika (z Literkowej Grupy Wulgarystów Ska-fan-der) potem w skrytości czekałam...


"helołinów nie obchodze
jakoś mi z tym nie po drodze
  nic już na to nie poradze
  jeste zwykłym polskim dziade
może razem podziadujmy......
obrzędować sie nie bójmy
  wspominajmy duchy kocie
  co za tęczo są ich krocie
ja to czekam na Parchata
może przyjdzie do mje brata
  może Maszka też przybieży
  i mje morde opaździerzy
no i Wypłoś z pępkiem w oku
nie ma go nie ma od roku
  pełne miski już czekajo
  może przyjdo droge znajo..."


W miejsce Wypłosia, Maszki i Parchata wstawiłam imiona swoich zwierząt.
Nie przyszły. Czy może właśnie przyszły,  serce mi nie daje bowiem konkretnej odpowiedzi.

Ogólnie wszystko, co wyskrobie pazurem Tofik jest mojego życia mottem. (dużo tego musi być, świat się zmienia, trzeba być na bieżąco). Toteż wczorajszą poezję chętnie wcieliłam w życie.  Polski dziad Tofik - wg mnie Mickiewicz wśród kotów - wieszczy bowiem samą prawdę.
 "Pijmy zdrowie Mickiewicza, on nam słodkich chwil użycza". Nie mam tu na myśli alkoholu, może być np. mleko bez laktozy,  podobno dla kota ambrozja.
Koci Mickiewicz o imieniu Tofik wyskrobał już niejedną kocią Pieśń Filaretów, więc mu się należy.


Poza aksjomatem o dwóch prostych równoległych, które nigdy się nie przetną, należy przyjąć do wiadomości taki sam pewnik, że listopad toruje drogę depresji, przypomina o kruchości istnień,  ponawia pytania, na które zwykle mamy wykrętną odpowiedź: zastanowię się później.
W tym roku były dość miłe złego początki, październik szeleścił niczym jesienny liść, że potrzebuje jeszcze czasu, trochę zastanowienia, chce ubrać rośliny w złoto i snuć srebrne mgły,... ale dwie bezczelne wichury użyły przymusu bezpośredniego, i w konsekwencji złota jesień uległa po ostatniej dramatycznej październikowej nocy. Zapanowała słota, .. jak to jedna literka wszystko zmienia, "z" 👉 "s".
W niżowej listopadowej zatoce można by zwariować na miejscu, ale ja jestem cwana gapa i znam kwitnące rośliny, które można wyprowadzać na dwór, a one nie przestraszą się listopada i nigdy nie padną martwym trupem (ani żywym trupem też nie padną).
Wiecznie żywe, zawsze żywe kwiaty na torbie


Przedtem kwitły na spódnicy.
Motyw haftowanych kwiatów w połączeniu z czarnym tłem wydał mi się tak elegancki, że aż za zbytnio jak dla mnie. Na torbie, bo na spódnicy spoko. Więc wszyłam w torbę trochę dżinsu, i w ten sposób dodałam jej codzienności.

Teraz elegancja jest zbalansowana,  w sam raz.


Obraz znaleziony dla: Facet z grobu obok książka
"Facet z grobu obok" Katariny Mazzeti to jest ta książka, która się prosiła, żeby wskoczyć do postu 1 listopada. 
Nie uległam, bo książki trzeba mądrze kochać, nie zawsze mają rację, więc nie słuchać ich jak pies trąby, nie spełniać ich wszystkich zachcianek, bo gotowe wejść człowiekowi na głowę.
Ha! nie ze mną te numery, bo ja jestem cwana gapa.
Więc poszliśmy na kompromis,  Zaduszki!

niedziela, 15 października 2017

Na energię i siłę

Torba z kotem (a'la Sisi) zaowocowała zachcianką na torbę z psem.
Po wzór (a'la Nefretete) zanurkowałam do Pinterestu.

Torba jest czarna jak heban,  na zdjęciu ta czerń jakby mąką przysypana. Nie wiem czemu. Żeby ową hebanową czerń uczynić mniej przerażającą użyłam kilka razy nici koloru czerwono-malinowego.
Główną aplikacją jest wpisana w serduszko psia mordka, moim zdaniem to mordka pieskowej królowej Nefretete.

Do torby w komplecie jest afrykanka (czarne do czarnego), która dzięki stałemu dostępowi do słońca ma energię i siłę (mimo chudych ramionek), więc poniesie
 zakupy w każdej ilości.

Bo bez przerwy ćwiczy na sucho. Z naczyniem pustym, ale dużym i nieporęcznym.

Właścicielka torby i afrykanki, ew. afrykanki i torby jest zadowolona.

Całościowo w kwestii zadowolenia to sprawdziłam i potwierdzam, że ogólny jego stan jest zależny od tego, jaką ofertę dań serwują mózgowi oczy korzystając z dystrybucji atmosferycznych specjałów.
Obecnie mózg mnie zawiadamia, że jest obrażony na meteorologiczne kulinaria, są paskudne i niestrawne.
Śniadanie jak cie mogę, ale od obiadu do kolacji:
1. Młoda próchnica wraz ze świeżą dostawą więdnięcia, rdzewienia, czernienia. Ohydztwo.
2. Kopiaste, brudne, napuchnięte chmurzyska
3.  nabite ostrymi jak igły deszczami
4. które błyskawicznie zamieniają złoto i purpurę liści w burą butwiejącą papkę,
5.  Należy wspomnieć o wybitnym udziale wiatru jako skocznym kuchciku: co on podrzucił, to deszcz posiekał.

I niestety dla durnej zabawy ten rozpuszczony wiatr wywiał mi mózg z głowy!
     (pozostaje cień nadziei, że mój kot, ten zamieszkujący głowę przydał się wreszcie i złapał w ostatniej chwili w łapki kawałek szarej mało zużytej oponki... Ale tylko cień, bo nie chcę się  rozczarować.
Jeśli jesteście, to słuchajcie dalej).
To było jakoś tak, że przy kulminacyjnym podmuchu przytomnie zatkałam uszy, zamknęłam oczy, potem jedna chwila i równowagę złapałam dopiero z nosem w glebie. Nosowi nic, lecz zwichnięta kostka. Pocieszam się trochę,  bo nieważne, że upadłam, ważne, że się podniosłam, no bo przecież się podniosłam. No i że nosowi nic.

Wobec tych pięciu punktów (i kontuzji) mój stan zadowolenia jest niezadowalający.  Nie poprawia go jesień, co zawisła nad krajem jak smog, choć tegoroczny październik nie odbiega od schematu na niekorzyść,  lecz ajnmoment i zaczną się  listopadowe szarugi. Z szarugami czy bez szarug uważam, że każda jesień jest bardziej destrukcyjna niż kreatywna. Być może amatorzy tej pory roku będę twierdzić odwrotnie, że jesień niszczy, żeby kreować.  Nic a nic mnie to nie pociesza i nie umniejsza jesiennych zakłóceń w moim mózgu (w niedużym kawałku oponki,  przy dobrych wiatrach).
Na szczęście tak jak każdy,  też mam w zanadrzu kilka szybkich interwencji prawdopodobnie z poradników, czy może sama wymyśliłam?
(jesteście jeszcze? dacie radę wysłuchać prawdy objawionej?)
Od czasu do czasu fundujmy swojemu mózgowi odpoczynek w postaci widoku rozległego horyzontu: od horyzontu po horyzont. I koniecznie pyknijmy zdjęcie.
Gdyby się zastanowić, to w zasadzie przez cały rok otaczają nas mury, ściany, zamknięte bramy i gęste przeszkody; i jak umysł ma się nie zaciemniać, gdy otoczony jest zwartym płotem? (metaforycznie), ile można żyć za płotem? (metaforycznie).  Mnie życie za płotem kiedyś się zdarzyło, wtedy uznałam, że mam po prostu depresyjną osobowość, bo skąd ten długi zły nastrój i słabszy dzień trwający parę miesięcy?...  W porę się obudziłam, i od tamtego czasu testuję wytrzymałość teorii, że dla odpoczynku umysłu wystarczy udać się w podróż przy pomocy swoich własnych otwartoprzestrzennych fotek, (osoby z agorafobią proszone są o zastosowanie innego zestawu zdjęć). Dla mnie najlepsze są takie: po środku  ja,  u góry histerycznie błękitne niebo, u dołu jakiś żółciutki piaseczek, a pomiędzy rozlane morze; dlatego tak, bo serce moje bije dla morskich krajobrazów. I jeszcze jeden warunek tak samo ważny jak otwarta przestrzeń: patrząc na te zdjęcia przywołać siebie szczęśliwą, siebie z cudownych chwil, beztroskich godzin.
Po takim seansie może, podkreślam: może poczujecie się, jakby ktoś was podłączył na powrót do baterii.

Jeśli się nie uda za pierwszym razem, to należy próbować dalej. I pamiętać, że teoria sobie, a rzeczywistość sobie. Tyle dobrego, że bez powikłań.

Bałtyk plus jednostka pływająca.
I love it.

poniedziałek, 2 października 2017

O mądrości i przyjaźni na przykładzie psa Baldo.

Że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka na przykładzie psa Baldo wykażę.
I jeszcze, że mądrym, niech mu będzie.


Najpierw o mądrości.
Otóż Baldo aktywując swoją mądrość (do tej pory bez fajerwerków) wprowadził w życie plan, w wyniku którego nie uda mi się sztuczka tak dobrze przeprowadzona na osobie Matysa, tzn. wymeldowanie Matysa w trybie administracyjnym z powodu licznego przebywania poza domem.
Jako fory dla Balda przyznam, że Matys jest zupełnie inną niż Baldo parą kaloszy, a raczej sportowych butów do wędrówek, bo Matys jest szalonym globtroterem i jeśli przyjdzie mu na myśl podkop do Chin (a przyszedł) to go natychmiast realizuje,  nic tego psa nie zatrzyma, (podkop do Chin w trakcie).
A Baldo opracował i doprowadził do perfekcji następujący plan: utratę przytomności w trakcie przekraczania furtki oraz padnięcie trupem tuż na furtką. A raczej mdleje zanim zrobi krok na zewnątrz. Gdy na siłę go wyciągamy zemdlałego, sztywnieje i przestaje oddychać. Więc w panice przeciągamy psa z powrotem na bezpieczną stronę furtki od strony domu, i dopiero wtedy, ani sekundy wcześniej, Baldzio uruchamia nochal, którym łapie haust powietrza. Jeżeli w ten sposób finalizuje postanowienie, żeby nie być już nigdy psem bezdomnym, to finalizuje perfekcyjnie.


Teraz o przyjaźni.
Zaczęło się tak, że pies zrobił pantomimę do słów pewnej piosenki Anity Lipnickiej,  lekceważąc wszystkie inne jej piosenki, co nawiasem jest niesprawiedliwie, bo żadna nie zasługuje na lekceważenie.

- kochanie, zabierz z miasta mnie! ..
nad wodę gdzieś do lasu wywieź!..
potykam się o własny cień!
myśli swoich już nie słyszę!

huk maszyn wszędzie radio gra!..
piosenki, których nie rozumiem!..

kochanie zabierz z miasta mnie!..
ja w mieście żyć już nie umiem!..

i strzał ostrą amunicją: umieram tutaj! ocal,!ratuj!

Wobec takiego dictum pomyśleliśmy, że poważna sprawa jest i zaczęliśmy siebie i psa szykować za miasto.
...A bo już za długo to szaleństwo z mdlejącym psem i czas je zakończyć, jak chce z miasta, niech będzie z miasta.
Poza tym uszyłam torbę na psie akcesoria, idealną na wyjazd z psem...




Pomysł torby - torba po karmie - wyłowiony z rwących wód Pinterestu.
Wszyłam tylko podszewkę i obszyłam mocną, szeroką smyczą.

Teraz najważniejsze.
Przy przekraczaniu furtki okazało się, że pies się nigdzie nie wybiera. Jedynie do furtki i z powrotem.
Toteż my sami odbyliśmy rozkoszną wycieczkę


motorówką po Odrze

a ustroniami z opalaniem,  wędkowaniem i ...w ogóle.


Dla przedszkolaków rybkowych została zorganizowana karuzela

polegająca na wyciąganiu ich na obie wędki, raz na jedną, raz na drugą, potem na szybkim  rzucie maleństwem do wody. Przedszkolakom się podobało i stały cierpliwie w ogonku aż do wczesnej nocy.

Potem jeszcze pojechaliśmy nad Bałtyk, ale to już z własnej inicjatywy,  tu Baldzio nie musiał fantazjować w żaden sposób.

Przyjemnie wspominać tamte długie słoneczne dni przy dzisiejszej szkaradnej aurze.