poniedziałek, 27 listopada 2017

Terapia

Są osoby, które nie lubią listopada (ja się do nich zaliczam), nie lubią grudnia (to tak jak ja), nie lubią stycznia oraz lutego, choć można powiedzieć, że od stycznia zaczyna im pociechę sprawiać obserwacja ustępującej powoli ciemności (mnie sprawia).
Mimo to radzą sobie, bo nie można bezkarnie mieć kilkumiesięcznej chandry, bo zawsze należy zachować dystans. Każdy ma jakiś swój sposób, jakąś formę terapii, bardziej lub mniej zaczarowaną abrakadabrę. Zastanawiam się nad wzbogaceniem swojej, bo według aktualnego stanu uważanie, żeby nie wstać rano lewą nogą nie wystarcza.
Teraz nastąpi prywatny wtręt.
Listopad pokazuje, co potrafi, a potrafi wszystko, choćby odebrać życie. Mojej koleżance. W piątek pojechała na badanie do szpitala, w trakcie badania źle się poczuła, więc zatrzymali ją na oddziale, w nocy straciła przytomność, i już jej nie odzyskała, śmierć przyszła we wtorek.
Czy rzeczywiście życie ma swój głęboki sens? jaki ma cel? czy wszystko jest po coś?  mam ochotę zapytać, czy jest na sali tłumacz, bo ten temat całkowicie przekracza moje  możliwości percepcyjne. Jedynie czego jestem pewna, to głównych filarów istnienia: cierpienia i obowiązków.
Mówiono: harcerka, a była nie harcerką lecz wołem roboczym, dawała się wykorzystywać, chętnie nazwałabym ją głupią naiwniaczką, ale nie nazwę,  to było wspaniałe.
Nie wierzę, że nie żyje.  Doprowadza mnie do szału myśl, że jej nie ma, a tu wszystko jak gdyby nigdy nic.
A jednak gdy wczoraj widziałam, że biegła i tylko grzywka jej podskakiwała, to nie pojechałam za nią i jej nie zawołałam! od kiedy to jestem taka racjonalna i nie wierzę w równoległy świat? po prostu okrutnie uznałam, że nic z tego nie będzie (jak powiedział matematyk mnożąc przez zero).
Na razie z tej śmierci wyciągnęłam roztropny wniosek: na badania do szpitala nie dam się zaciągnąć nawet w sto koni. Tzn. gdyby konie namawiały, to ja na to: o nie, nie skorzystam póki mi życie miłe.
  
Wracam do tematu jak zachować psychiczne rezerwy na następne groźne miesiące i wciąż dzielnie trwać na posterunku obowiązku i cierpienia.
Cierpienie dopada człowieka o każdej porze dnia i nocy, niekoniecznie listopadowej, wiadomo, że rękodzielnicy to wrażliwy materiał i mają obowiązek od czasu do czasu pocierpieć, lecz tylko troszeczkę, tyle, żeby pomogła i ukoiła je sztuczka z papugą, o której to sztuczce zaraz napiszę.
W ogóle to chyba już o tym kiedyś pisałam, ale pewności nie mam.
Ignacy Jan Paderewski miał papugę, którą nauczono kilka słów i pokazano co ma robić. Była widocznie dość bystra i taka właśnie papuga jest nam tu potrzebna.
Gdy Paderewski grał, papuga siadała blisko niego i zaraz po zakończeniu utworu darła dziób: "Brawo mistrzu! Bosko! Bis!" Albo pochylała głowę i szeptała: "O Boże, Jakie to piękne!"
Cudownie prosta terapia. Jeżeli wielkiemu kompozytorowi coś takiego było potrzebne, to co dopiero rękodzielnikowi, nawet bardzo zdolnemu.

Jest jeszcze jeden sposób bez gadającej papugi, za to z psem, bystrość psa nie ma znaczenia, pies potrafi pocieszać bez słów, pies to moim zdaniem podstawa. Terapia polega na tym, że patrzymy w oczy swoich psów i pławimy się w nieskomplikowanie czystym szczęściu. Podobnej terapii polegającej na bezwarunkowej akceptacji, oddaniu i miłości, jakim pies obdarza człowieka nie doświadczy się przy udziale kochanka,  rodzica i w ogóle nikogo (będąc kochanką, dzieckiem swojego rodzica i w ogóle nikim odpowiedzialnie zaświadczam).

Przy okazji przedstawiam uszytą przeze mnie torbę.



Uszytą według zamówienia (wzór love podpatrzony w Pintereście) 


Torba jest czarna, ma suwak i podszewkę.


I usztywnione rączki.

Niezależnie od innych terapii to praca, choćby była szyciem, jest również jakąś terapią.

czwartek, 2 listopada 2017

Facet z grobu obok


"- Co byś zrobił, gdybyś na eleganckim przyjęciu nagle zorientował się, że masz rozpięty rozporek? - zapytałam.

- Wyjąłbym klejnoty, przedstawił się jako rzecznik Krajowego Towarzystwa Ekshibicjonistów i spytał, czy ktoś chciałby  wspomóc naszą sprawę jakimś datkiem - odpowiedział. - Nie - dodał po chwili. - Tak naprawdę pewnie próbowałbym jak najszybciej zapiąć rozporek, ale zamek zaciąłby się na obrusie i cała zastawa poleciałaby na podłogę. Wtedy bym wstał i uśmiechając się od ucha do ucha, ruszyłbym w stronę drzwi z obrusem wystającym z rozporka. Schodząc po schodach, potknąłbym się i złamał obie nogi!
A co ty byś zrobiła, gdybyś kupiła książkę w księgarni, zapłaciła za nią, a potem w drugiej księgarni ekspedientka oskarżyłaby cię, że ją ukradłaś?

- Śmiejąc się histerycznie, szybko bym za nią zapłaciła. Kupiłabym jeszcze trzy takie same, mamrocząc pod nosem, że to świetna książka i że zamierzam ją podarować w prezencie znajomym. A potem wyszłabym stamtąd z czerwonymi uszami, zostawiając wszystkie cztery egzemplarze na ladzie!

Dochodzimy do wniosku, ze jeśli on jest pierwszym głupkiem w kraju, to ja się świetnie nadaję na jego żonę. Mnie też można będzie wypchać i pokazywać w skansenie."
"Facet z grobu obok" Katarina Mazzeti

Książka z grobem w tytule, z której pochodzi fragment, nachalnie domagała się wzmianki wczorajszego dnia, gdy słowo "groby" odmienialiśmy przez wszystkie przypadki.
Fajna jest ta książka, i jeśli ktoś po nią sięgnie, to nie popełni błędu, pod warunkiem, że nie odrzuca go od tematu pod nazwą: rolnik szuka żony. Bo będzie tu miał do czynienia z rolnikiem, który ni mniej ni więcej tylko szuka żony! książka jednak wcale ale to wcale nie głupkowata.
(Przecież jakbym wpisała za mądry fragment, to ktoś pomyślałby, że zabłądził na jakiś nowy mądry blog i potem byłoby mu przykro, że figa, bo to zmyłka była).

A wczoraj...
Wczoraj wysłuchałam Tofika (z Literkowej Grupy Wulgarystów Ska-fan-der) potem w skrytości czekałam...


"helołinów nie obchodze
jakoś mi z tym nie po drodze
  nic już na to nie poradze
  jeste zwykłym polskim dziade
może razem podziadujmy......
obrzędować sie nie bójmy
  wspominajmy duchy kocie
  co za tęczo są ich krocie
ja to czekam na Parchata
może przyjdzie do mje brata
  może Maszka też przybieży
  i mje morde opaździerzy
no i Wypłoś z pępkiem w oku
nie ma go nie ma od roku
  pełne miski już czekajo
  może przyjdo droge znajo..."


W miejsce Wypłosia, Maszki i Parchata wstawiłam imiona swoich zwierząt.
Nie przyszły. Czy może właśnie przyszły,  serce mi nie daje bowiem konkretnej odpowiedzi.

Ogólnie wszystko, co wyskrobie pazurem Tofik jest mojego życia mottem. (dużo tego musi być, świat się zmienia, trzeba być na bieżąco). Toteż wczorajszą poezję chętnie wcieliłam w życie.  Polski dziad Tofik - wg mnie Mickiewicz wśród kotów - wieszczy bowiem samą prawdę.
 "Pijmy zdrowie Mickiewicza, on nam słodkich chwil użycza". Nie mam tu na myśli alkoholu, może być np. mleko bez laktozy,  podobno dla kota ambrozja.
Koci Mickiewicz o imieniu Tofik wyskrobał już niejedną kocią Pieśń Filaretów, więc mu się należy.


Poza aksjomatem o dwóch prostych równoległych, które nigdy się nie przetną, należy przyjąć do wiadomości taki sam pewnik, że listopad toruje drogę depresji, przypomina o kruchości istnień,  ponawia pytania, na które zwykle mamy wykrętną odpowiedź: zastanowię się później.
W tym roku były dość miłe złego początki, październik szeleścił niczym jesienny liść, że potrzebuje jeszcze czasu, trochę zastanowienia, chce ubrać rośliny w złoto i snuć srebrne mgły,... ale dwie bezczelne wichury użyły przymusu bezpośredniego, i w konsekwencji złota jesień uległa po ostatniej dramatycznej październikowej nocy. Zapanowała słota, .. jak to jedna literka wszystko zmienia, "z" 👉 "s".
W niżowej listopadowej zatoce można by zwariować na miejscu, ale ja jestem cwana gapa i znam kwitnące rośliny, które można wyprowadzać na dwór, a one nie przestraszą się listopada i nigdy nie padną martwym trupem (ani żywym trupem też nie padną).
Wiecznie żywe, zawsze żywe kwiaty na torbie


Przedtem kwitły na spódnicy.
Motyw haftowanych kwiatów w połączeniu z czarnym tłem wydał mi się tak elegancki, że aż za zbytnio jak dla mnie. Na torbie, bo na spódnicy spoko. Więc wszyłam w torbę trochę dżinsu, i w ten sposób dodałam jej codzienności.

Teraz elegancja jest zbalansowana,  w sam raz.


Obraz znaleziony dla: Facet z grobu obok książka
"Facet z grobu obok" Katariny Mazzeti to jest ta książka, która się prosiła, żeby wskoczyć do postu 1 listopada. 
Nie uległam, bo książki trzeba mądrze kochać, nie zawsze mają rację, więc nie słuchać ich jak pies trąby, nie spełniać ich wszystkich zachcianek, bo gotowe wejść człowiekowi na głowę.
Ha! nie ze mną te numery, bo ja jestem cwana gapa.
Więc poszliśmy na kompromis,  Zaduszki!

niedziela, 15 października 2017

Na energię i siłę

Torba z kotem (a'la Sisi) zaowocowała zachcianką na torbę z psem.
Po wzór (a'la Nefretete) zanurkowałam do Pinterestu.

Torba jest czarna jak heban,  na zdjęciu ta czerń jakby mąką przysypana. Nie wiem czemu. Żeby ową hebanową czerń uczynić mniej przerażającą użyłam kilka razy nici koloru czerwono-malinowego.
Główną aplikacją jest wpisana w serduszko psia mordka, moim zdaniem to mordka pieskowej królowej Nefretete.

Do torby w komplecie jest afrykanka (czarne do czarnego), która dzięki stałemu dostępowi do słońca ma energię i siłę (mimo chudych ramionek), więc poniesie
 zakupy w każdej ilości.

Bo bez przerwy ćwiczy na sucho. Z naczyniem pustym, ale dużym i nieporęcznym.

Właścicielka torby i afrykanki, ew. afrykanki i torby jest zadowolona.

Całościowo w kwestii zadowolenia to sprawdziłam i potwierdzam, że ogólny jego stan jest zależny od tego, jaką ofertę dań serwują mózgowi oczy korzystając z dystrybucji atmosferycznych specjałów.
Obecnie mózg mnie zawiadamia, że jest obrażony na meteorologiczne kulinaria, są paskudne i niestrawne.
Śniadanie jak cie mogę, ale od obiadu do kolacji:
1. Młoda próchnica wraz ze świeżą dostawą więdnięcia, rdzewienia, czernienia. Ohydztwo.
2. Kopiaste, brudne, napuchnięte chmurzyska
3.  nabite ostrymi jak igły deszczami
4. które błyskawicznie zamieniają złoto i purpurę liści w burą butwiejącą papkę,
5.  Należy wspomnieć o wybitnym udziale wiatru jako skocznym kuchciku: co on podrzucił, to deszcz posiekał.

I niestety dla durnej zabawy ten rozpuszczony wiatr wywiał mi mózg z głowy!
     (pozostaje cień nadziei, że mój kot, ten zamieszkujący głowę przydał się wreszcie i złapał w ostatniej chwili w łapki kawałek szarej mało zużytej oponki... Ale tylko cień, bo nie chcę się  rozczarować.
Jeśli jesteście, to słuchajcie dalej).
To było jakoś tak, że przy kulminacyjnym podmuchu przytomnie zatkałam uszy, zamknęłam oczy, potem jedna chwila i równowagę złapałam dopiero z nosem w glebie. Nosowi nic, lecz zwichnięta kostka. Pocieszam się trochę,  bo nieważne, że upadłam, ważne, że się podniosłam, no bo przecież się podniosłam. No i że nosowi nic.

Wobec tych pięciu punktów (i kontuzji) mój stan zadowolenia jest niezadowalający.  Nie poprawia go jesień, co zawisła nad krajem jak smog, choć tegoroczny październik nie odbiega od schematu na niekorzyść,  lecz ajnmoment i zaczną się  listopadowe szarugi. Z szarugami czy bez szarug uważam, że każda jesień jest bardziej destrukcyjna niż kreatywna. Być może amatorzy tej pory roku będę twierdzić odwrotnie, że jesień niszczy, żeby kreować.  Nic a nic mnie to nie pociesza i nie umniejsza jesiennych zakłóceń w moim mózgu (w niedużym kawałku oponki,  przy dobrych wiatrach).
Na szczęście tak jak każdy,  też mam w zanadrzu kilka szybkich interwencji prawdopodobnie z poradników, czy może sama wymyśliłam?
(jesteście jeszcze? dacie radę wysłuchać prawdy objawionej?)
Od czasu do czasu fundujmy swojemu mózgowi odpoczynek w postaci widoku rozległego horyzontu: od horyzontu po horyzont. I koniecznie pyknijmy zdjęcie.
Gdyby się zastanowić, to w zasadzie przez cały rok otaczają nas mury, ściany, zamknięte bramy i gęste przeszkody; i jak umysł ma się nie zaciemniać, gdy otoczony jest zwartym płotem? (metaforycznie), ile można żyć za płotem? (metaforycznie).  Mnie życie za płotem kiedyś się zdarzyło, wtedy uznałam, że mam po prostu depresyjną osobowość, bo skąd ten długi zły nastrój i słabszy dzień trwający parę miesięcy?...  W porę się obudziłam, i od tamtego czasu testuję wytrzymałość teorii, że dla odpoczynku umysłu wystarczy udać się w podróż przy pomocy swoich własnych otwartoprzestrzennych fotek, (osoby z agorafobią proszone są o zastosowanie innego zestawu zdjęć). Dla mnie najlepsze są takie: po środku  ja,  u góry histerycznie błękitne niebo, u dołu jakiś żółciutki piaseczek, a pomiędzy rozlane morze; dlatego tak, bo serce moje bije dla morskich krajobrazów. I jeszcze jeden warunek tak samo ważny jak otwarta przestrzeń: patrząc na te zdjęcia przywołać siebie szczęśliwą, siebie z cudownych chwil, beztroskich godzin.
Po takim seansie może, podkreślam: może poczujecie się, jakby ktoś was podłączył na powrót do baterii.

Jeśli się nie uda za pierwszym razem, to należy próbować dalej. I pamiętać, że teoria sobie, a rzeczywistość sobie. Tyle dobrego, że bez powikłań.

Bałtyk plus jednostka pływająca.
I love it.

poniedziałek, 2 października 2017

O mądrości i przyjaźni na przykładzie psa Baldo.

Że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka na przykładzie psa Baldo wykażę.
I jeszcze, że mądrym, niech mu będzie.


Najpierw o mądrości.
Otóż Baldo aktywując swoją mądrość (do tej pory bez fajerwerków) wprowadził w życie plan, w wyniku którego nie uda mi się sztuczka tak dobrze przeprowadzona na osobie Matysa, tzn. wymeldowanie Matysa w trybie administracyjnym z powodu licznego przebywania poza domem.
Jako fory dla Balda przyznam, że Matys jest zupełnie inną niż Baldo parą kaloszy, a raczej sportowych butów do wędrówek, bo Matys jest szalonym globtroterem i jeśli przyjdzie mu na myśl podkop do Chin (a przyszedł) to go natychmiast realizuje,  nic tego psa nie zatrzyma, (podkop do Chin w trakcie).
A Baldo opracował i doprowadził do perfekcji następujący plan: utratę przytomności w trakcie przekraczania furtki oraz padnięcie trupem tuż na furtką. A raczej mdleje zanim zrobi krok na zewnątrz. Gdy na siłę go wyciągamy zemdlałego, sztywnieje i przestaje oddychać. Więc w panice przeciągamy psa z powrotem na bezpieczną stronę furtki od strony domu, i dopiero wtedy, ani sekundy wcześniej, Baldzio uruchamia nochal, którym łapie haust powietrza. Jeżeli w ten sposób finalizuje postanowienie, żeby nie być już nigdy psem bezdomnym, to finalizuje perfekcyjnie.


Teraz o przyjaźni.
Zaczęło się tak, że pies zrobił pantomimę do słów pewnej piosenki Anity Lipnickiej,  lekceważąc wszystkie inne jej piosenki, co nawiasem jest niesprawiedliwie, bo żadna nie zasługuje na lekceważenie.

- kochanie, zabierz z miasta mnie! ..
nad wodę gdzieś do lasu wywieź!..
potykam się o własny cień!
myśli swoich już nie słyszę!

huk maszyn wszędzie radio gra!..
piosenki, których nie rozumiem!..

kochanie zabierz z miasta mnie!..
ja w mieście żyć już nie umiem!..

i strzał ostrą amunicją: umieram tutaj! ocal,!ratuj!

Wobec takiego dictum pomyśleliśmy, że poważna sprawa jest i zaczęliśmy siebie i psa szykować za miasto.
...A bo już za długo to szaleństwo z mdlejącym psem i czas je zakończyć, jak chce z miasta, niech będzie z miasta.
Poza tym uszyłam torbę na psie akcesoria, idealną na wyjazd z psem...




Pomysł torby - torba po karmie - wyłowiony z rwących wód Pinterestu.
Wszyłam tylko podszewkę i obszyłam mocną, szeroką smyczą.

Teraz najważniejsze.
Przy przekraczaniu furtki okazało się, że pies się nigdzie nie wybiera. Jedynie do furtki i z powrotem.
Toteż my sami odbyliśmy rozkoszną wycieczkę


motorówką po Odrze

a ustroniami z opalaniem,  wędkowaniem i ...w ogóle.


Dla przedszkolaków rybkowych została zorganizowana karuzela

polegająca na wyciąganiu ich na obie wędki, raz na jedną, raz na drugą, potem na szybkim  rzucie maleństwem do wody. Przedszkolakom się podobało i stały cierpliwie w ogonku aż do wczesnej nocy.

Potem jeszcze pojechaliśmy nad Bałtyk, ale to już z własnej inicjatywy,  tu Baldzio nie musiał fantazjować w żaden sposób.

Przyjemnie wspominać tamte długie słoneczne dni przy dzisiejszej szkaradnej aurze.

poniedziałek, 4 września 2017

Sisi

Moja kochana kumpela wzięła na przechowanie kota.
Prosiłam:  macie takie puste mieszkanie, jedynie rodzice i dziecko, to pustka aż dudni, a ten kot przez kilka lat właśnie w trzyosobowej rodzinie przebywał i był jej pieszczoszkiem, więc nie można mu jako rekompensatę po rozstaniu z tamtą rodziną zafundować wściekłą kocio-psią watahę, u mnie na przykład.
Kochana kumpela po starej znajomości i po nowym namyśle zgodziła się, żeby biednego kota zainstalować u niej.
Więcej udręki było z mężem kumpeli, bo o ile kumpela nie miała negatywnie sprecyzowanych uczuć co do kotów, to jej mąż zdecydowanie był na nie, zresztą oni w ogóle nie mieli zwierząt, choć syn prosił o psa albo brata, ale ci dziwni ludzie poskąpili mu tak jednego, jak i drugiego.  Aż tu nagle kot miałby się pojawić w stabilnie sterylnej sielance?
Mówiłam temu mężowi nieugiętemu:  higieny to koty przestrzegają aż do przesady, jeszcze się taki dobrze nie obudzi, i już przez sen godzinę czyści futerko (nie powiedziałam przecież, że wszystkie tak robią, ale czystość kotów jest przysłowiowa : czysty jak kot,... nie, może to było: rzyga jak kot:)).
A poza tym jak to sprytnie mieć kota, bo przy okazji ma się darmowy zbieracz alergenów, utylizator szkodliwych jonów i wykonawcę relaksacyjnej muzyki prosto z maszynki w małym gardziołku, a to jeszcze nic, kot ma wiele innych cudownych właściwości, które dopiero się poznaje, gdy kot pojawia się w domu.  A w ogóle co to są dwa-trzy miesiące? strzelą jak tata z bata.
Po wielu podejściach ziarenko pomysłu, o operacyjnej nazwie kot, zaczęło wzrastać, a trzeba przyznać, że troskliwie  24/7  pielęgnowali je moja kochana kumpela i wspólny owoc lędźwi jej i nieustępliwego męża.
Wreszcie nieustępliwy ustąpił. 
I przybył kot jak jakiś księciunio wraz ze swoimi ruchomościami stołówkowo- sypialnio-bawialnymi.  Księciuniem tym była dzieweczka, niebiesko-srebrna futrzasta kula na czterech łapkach o imieniu Sisi. Mężowi od początku zrobiło się łyso, bo Sisi skądś wiedziała, że on jej nie chciał, i wystarczyło, że spojrzał na Sisi, a Sisi darła ryja : Aau! Aau!
Więc nie patrzył, choć łypał kątem oka, a o dotykaniu nie było nawet mowy.
Potem coś się zaczęło zmieniać. Prawdopodobnie Sisi też kątem oka w tajemnicy łypała na niego i obmyślała plan. Bo wszystkie koty mają zmysł właściwy rozpieszczonym egoistom, który pomaga im urabiać ludzi, żeby byli gotowi mu dogadzać na każde jego skinienie.
Z samego rana, gdy mąż nastawiał czajnik Sisi pojawiała się w kuchni, rozkładała się na blacie i towarzyszyła mężowi przy piciu kawy, potem dreptała za nim po mieszkaniu,  i na koniec żegnała w przedpokoju. Następnie wracała do łóżka syna, bo tam spała, mimo, że w miała swoje własne bety w kontenerku.  I tak to się toczyło, Sisi urobiła, kogo miała urobić i zagarnęła, co było do zagarnięcia. Ja sama zaczęłam zauważać, że im dalej posuwaliśmy się wzdłuż wektora czasu, tym większa w kumpeli panika rosła, jeszcze bujniej niż jej czarne rockendrolowe włosy (gdyby była blondynką to fajnie byłoby pożartować na ten temat). Faktem jest, że ta cała Sisi jest jak gęsta esencja wydestylowanych z normalnego kota zalet. Przykład: drapie tylko swój drapak, a nie meble.
Wreszcie padło z ust kumpeli pytanie, pewnie nie po raz pierwszy je sobie zadała, ale pierwszy raz je od niej usłyszałam: jak to możliwe, że nie mieliśmy kota i byliśmy z tego powodu szczęśliwi i zadowoleni?
Ja na to, że spotkanie z Sisi może być wydarzeniem, które poprowadzi do zmiany ich życia na lepsze. (Hm, tak górnolotnie, bo czy to wiadomo, jakie wszechświat ma dla nas plany?)
Z myślą o kochanej kumpeli, żeby rozjaśnić smutek rozstania, kiedy właściciele zwiną Sisi i jej majdan,  uszyłam kota na torbie, kot jest srebrno-niebieski,  kolorystycznie lekko podobny do tamtego, choć zbyt mało puchaty i zbyt gładki,  za to tkanina nadrabia i jest milusia.



Trochę na pamiątkę Sisi.

(wzór kota podpatrzyłam na Pintereście, tamten był czarny).

Jeszcze muszę publicznie pochwalić Czesia.
Chłopak przechodził zły okres i zaczął być groźnym przestępcą. Inaczej nie mówiliśmy do niego niż: ty recydywo! Jedno z jego licznych przestępstw proszę bardzo: ukradł mi zegarek! tylko on jeden patrzył, gdzie kładę, a rano ani Cześka, ani zegarka.  Sprzedał i bujał się przez tydzień na gigancie. Jak wrócił to wyglądał, jak zdechły imprezowicz, co ani na chwilę nie zmrużył oka, a wtedy ja coś groźnie zawołałam, a on jak na zawołanie (szkoda, że nie pamiętam, co takiego wyjątkowego zawołałam, coś bardzo pedagogicznego, hehe;)) nabrał rozumu i zdobywa szlify w krawiectwie damskim.
Przy torbie też pomagał.

wtorek, 25 lipca 2017

Sztuka kochania

Dobrze, że są  naukowcy, którzy popularyzują swoją wiedzę i nie uchybiają obowiązkowi podążania śladem swoich odkryć. Naukowcem takim jest między innymi dr n.med. Michalina Wisłocka, a przykładem udostępniania jest "Sztuka kochania".
Książki nie znam, domyślam się, że jest monotematyczna, za to film jest szeroko zakrojoną, jak również dosłowną sztuką kochania w kilku,  a może tylko w dwóch, lecz wyrazistych aktach.
Pierwszy akt mógłby mieć tytuł "Mąż",  wielka miłość Michaliny.
Drugi akt nazwijmy "Kochanek",   ... największa  miłość Michaliny.

Hmm, sztuka jako umiejętność to wrażliwa materia. Wystarczy mała w niej pomyłka i już zgliszcza, dziura w niebie. Tak jest na każdej niwie działalności człowieka, dlaczego by nie w miłości?  o miłości wszyscy wiedzą wszystko , definicji jest mnóstwo i każdy ma swoją ulubioną, a jak przyjdzie co do czego, to okazujemy się wielkimi błędziarzami.


Akt I. Osoby dramatu: Michalina i jej mąż Stanisław
Obraz znaleziony dla: sztuka kochania


Ich odpowiednicy, czyli filmowi małżonkowie tak wyglądają
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada
Wkrótce do małżeńskiego duetu dołącza przyjaciółka Michaliny - Wanda.
 Obraz znaleziony dla: michalina wisłocka
Dołącza w ten sposób, że zakochuje się w mężu Michaliny, a mąż Michaliny zakochuje się w Wandzie. 
Co nie oznacza, że mąż nie kocha Michaliny, bo kocha, tylko on potrzebuje seksu, a Michalina nie potrzebuje seksu. Więc jako niepotrzebująca seksu zgadza się na związek męża i przyjaciółki, która ma tak samo jak Stach w sprawie seksu.
Ale czy można równo, noga w nogę maszerować przez życie w trzy osoby?
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada
...a potem w piątkę, bo rodzą się dzieci Stanisława (jedno Michaliny i jedno Wandy, oficjalnie uznane za bliźnięta Michaliny i jej męża).
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada
Prawda jest taka, że rozwiązywanie trójkątów jest proste tylko w matematyce ...hehe, proste, teraz to poleciałam po bandzie... z drugiej strony, jeśli zna się wzór?
Czyli jak było do przewidzenia (dla widzów, bo nie dla bohaterów dramatu) stadło się rozpada.
Michalina całkowicie wykreśla Stanisława z grafiku swojego życia, natomiast przyjaciółka jest jej wciąż bliska, lecz chyba bez wzajemności. 
Wanda wyjeżdża z jednym dzieckiem (przed którym występuje jako ciotka), Michalina zostaje z drugim dzieckiem
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada

obrażony Stanisław odchodzi pojedynczo.

II akt.  Michalina rozpoczyna pracę w ośrodku wypoczynkowym, gdzie poznaje pracownika ośrodka, Jurka.
Podobny obraz
Jurek jest marynarzem i ujmującym mężczyzną, jedynie kwestia urody Jurka jest dyskusyjna. Jednak męska atrakcyjność niekoniecznie jest determinowana urodziwymi rysami twarzy. Ten brzydal w niedługim czasie odkrywa przed Michaliną ukryty do tej pory talent: ars amandi.
Tak jak rozbuchane dookoła lato rozkwita wielkie uczucie, które jak to często bywa, zaczyna się od zwykłego zauroczenia kobiety i mężczyzny...
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada
...uwieńczonego skokiem w bok,  oczywiście skacze Jurek, w bok od żony i dziecka. 
Michalina, tak jak kiedyś Wanda, nie chce być tą trzecią. Tak więc druga miłość Michaliny również skazana jest na porażkę.  Jednak ta miłość też coś ze sobą przyniosła; jej owocem,  że tak powiem patetycznie, jest  książka "Sztuka kochania". 

Pomiędzy "Mężem" i "Kochankiem" wplecione są wstawki z czasów późniejszych, dotyczące pracy zawodowej Michaliny i rozpoczęcia realizacji misji  pt. "Sztuka kochania". Ona chce tę sztukę podarować ludziom tak jak Prometeusz podarował ogień i nauczył ludzi nim się posługiwać. Takie jest moje skojarzenie, Michalina wie, że ogień powinien się palić w obojgu partnerach (z naciskiem na kobietę, dotychczas pomijaną i nieważną), ten ogień uda się podtrzymywać i to nie jest wcale wielka sztuka. Lecz trzeba ją posiąść.
Czasy późniejsze dotyczą lat 70.
Patrząc z dzisiejszej pozycji to tamte pstrokate stroje pań i panów wydają się lekko kiczowate;  nie żebym się wzdrygała, bo ma to swój wdzięk, nawet znam osobę, dla której jest to ulubiona epoka w modzie. (albo tylko tak się wydurnia;))
Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania film obsada
I na koniec:
Sztuka alkowy jest w filmie pokazana arcypięknie, np. w malowniczym krajobrazie jako jego element, bardzo to fajny efekt.
Film trzyma w garści, możliwe, że westchniecie w myślach (ja westchnęłam dwa razy, po jednym razie na akt): Michalina, jak ty życia nie znasz!
Magdalena Boczarska jest przewspaniałą aktorką, innym też niczego nie brakuje.
Film bomba.
Obraz znaleziony dla: sztuka kochania

PS. Film jest biografią, więc pisałam otwarcie bez tajemnic. Mam nadzieję, że nie o wszystkim!
I mam nadzieję, że do tego filmu nie zniechęciłam nikogo swoimi opisami, bo zrobiłabym mu dużą krzywdę!

środa, 28 czerwca 2017

Wesele w Sorrento

Istnieją ludzie, którzy są wierni  swojemu małżonkowi nawet po śmierci. Pewnie nie chodzi tu o możliwość spotkania się w niebie w poszerzonym składzie, lecz o coś więcej.
W tym filmie zobaczymy różne związki, małżeńskie też,  "Wesele w Sorrento", wakacyjny, trochę refleksyjny, piszą, że komedia...  może komedia, nie mam pewności.
Znalezione obrazy dla zapytania wesele w sorrento
Jak na zawołanie znalazłam super motto, przyda się do zapowiedzi tego filmu.
"Prawdziwej miłości nie zaszkodzi nawet małżeństwo, natomiast małżeństwu może wiele zaszkodzić". (Maria Czubaszek)

Pewna para wybiera się na ślub córki do Włoch.
Znalezione obrazy dla zapytania wesele w sorrento
Żona (Ida) szczęśliwie zakończyła chemioterapię, lecz w tym samym czasie przeżywa szok, zupełnie  jakby na jej oczach wyskoczył diabeł ze swojego śmierdzącego pudełka,  a był to jej własny mąż, który wyskoczył z łóżka po wygibasach z dziewczyną, bo nakryła go żona.  Na dodatek wykazywał zero wstydu i użalał się nad sobą, że taki samotny, szukający pociechy, i ani trochę nie zainteresowany argumentami żony, bo mający argumenty swoje własne.  Banał: facet, jego kryzys wieku średniego i młoda dziewczyna.
Na to samo wesele jedzie ojciec narzeczonego, Filip. Jest od lat wdowcem, bogatym biznesmenem,  źle radzącym sobie z międzyludzkimi relacjami, taki chłodny sztywniak.
Znalezione obrazy dla zapytania wesele w sorrento
Dom w Sorrento należy do niego.
Jeśli się domyślacie, w jakim kierunku zmierza treść filmu, to słusznie się domyślacie, do miłości Idy i Filipa.
Ich pierwsze spotkanie nie należy do udanych, ale każda znajomość ma jakąś dynamikę,  wiele się dzieje. Jednak gra nie toczy się jedynie dookoła rodziców narzeczonych,  narzeczeni też mają swoje role do odegrania, więc ciekawie się wszystko zakręca. 
Znalezione obrazy dla zapytania wesele w sorrento
Ładnie pięknie, ale za boga chińskiego nie mogę sobie uświadomić, w którym momencie strzała Kupidyna dopadła serc Idy i Filipa. Tu chyba jest w filmie lekka mielizna, że tak nawiążę do morskich pejzaży, czegoś brakuje. Wytwarza się wrażenie (no we mnie się wytworzyło), że Ida pozbawiona mężowskiego opiekuńczego ramienia zauważyła galantego Filipa (hehehe, wypisz wymaluj James Bond), a Filip uciekł w miłość do Idy przed oblężeniem ze strony zakochanej w nim okropnej szwagierki.
Obraz znaleziony dla: wesele w sorrento
Poza tym swoje robi boska sceneria, że czyste morze obmywa skały, że świeci mandarynkowe słońce, pachną cytryny zaszczepione na pomarańczowych drzewkach, że taka trochę bajka,  ale jak miło, że sytuacje dramatyczne dzięki drobnym posunięciom potrafią skończyć się dobrze, cała reszta to szczegóły.

Natomiast w moim życiu wszystkie decyzje podejmują się same. Sama się podjęła decyzja o nowym zainteresowaniu rękodzielniczym. Stanęła na mojej drodze maszyna ze zdrapkami, więc niespodziewanie dla siebie samej zostałam młodą (ze względu na staż:)) zdrapywaczką,  oddającą się zdrapywaniu bez umiaru. Bo każdy neofita tak ma, że bez umiaru (hehehe, bez umiaru... szkoda, że kasa z umiarem, taki niemiły akcent, ale jak wiadomo działań ubocznych nie ma tylko cyjanek). Najlepszy do tej pory mój wynik to wydrapane 50 zeta. Wynik taki sobie, albowiem celowałam w piątkę z czterema zerami.
Ale w dalszym ciągu zdrapuję i uczę się na błędach (to znaczy uczę się dobrze błędy ukrywać oraz wyrzucać puste kartoniki udając, że wcale ich nie było).

Ajjj, rękodzieło skrywa niesamowite tajemnice.