czwartek, 10 maja 2018

Taki dar

Mam taki dar: doskonałe wyczucie czasu.
Dar to dar, ale i tak trzeba nad nim pracować. Ja pracuję i są rezultaty.
Oto one.
Druciane kwiatki zaczęłam jesienią i mogłam jesienią skończyć, ale wtedy mój dar doskonałego wyczucia czasu poszedłby na marne. Nie poszedł, a nawet przybyła (i wiernie trwa) myśl:  mam doskonałe wyczucie czasu!


Jesienią zobaczyłam na Pintereście druciane kwiatki w doniczce. Kwiatki niczym witrażyki,  fajna, wesoła instalacja na smutne pory roku. Więc postanowiłam je zrobić i zainstalować.
Postanowiłam, i jednocześnie ogłuchłam na wewnętrzne ponaglenia.
A czas sobie leciał. 
Szpetna, wietrzna jesień zrobiła miejsce paskudnej, bladej zimie.
U mnie jw. bez zmian, czyli postanowiłam i ogłuchłam.
Potem, gdy wczesna wiosna zaczęła czarować słodkim zapachem ziemi budzącej się do życia, to się obudziłam i chwyciłam druciki na kwiatki.
Teraz, gdy każde drzewo to bukiet kwiatów, każdy dzień to czyste złoto nadejszła wiekopomna chwiła: prezentacja drucianych kwiatków!



I pokazanie, jakie to proste, (a czekało tak długo, bo ja ćwiczyłam swój dar).
Oto zestaw potrzebny do zrobienia kwiatka

Odcinamy kawałeczek drucika.
Nawijamy na marker.
Na przykład pięć razy, tyle razy, ile chcemy żeby kwiatek miał płatków.

Skręcamy to wszystko do kupy i formujemy płatki.


Moczymy w wikolu i wieszamy do wyschnięcia.

Malujemy lakierem do paznokci,  posypujemy brokatem, niech bardziej błyszczy..

I gotowe.



Na święto aresztanta ozdobiłam kwiatkami ogrodzenie dwóm prawie idealnym aresztantom, fajne z nich chłopaki. (Trochę za bardzo beztroskie). Nad kwiatkami miały się unosić serduszka, ale ostatecznie odpuściłam, nie wiem czemu.

W zasadzie nie chciałam konfrontacji drucianego kwiatka z żywą przyrodą, ale jedno zdjęcie,  co tam...


Gdybyście chciały rady na doskonalenie u siebie daru wyczucia czasu, to powiem, że mnie najłatwiej poszło skorelowanie się z opadami atmosferycznymi. (Działam też z powodzeniem na innych niwach).
Więc tak. Czekajcie z wyjściem z domu do ostatniej chwili, bądźcie ciągle niegotowe, dopóki nie podpowie wam enty zmysł, że za kilka chwil nastąpi oberwanie chmury. Gdy już jesteście tego pewne, majestatycznie wyjdźcie na powietrze w przyjemną aurę. By po krótkim czasie wiatr i deszcz zapastwiły się jak należy nad waszymi fryzurami i okryciami. Idealnie by było, żeby po waszym powrocie do domu natychmiast przestało lać.
Potem to już nie trzeba kombinować, samo się układa. Umyjesz auto wieczorem, rano masz burzę błotną. Organizujesz grilla w plenerze, zaraz czarne chmury i wali gradem.
Życie daje mnóstwo możliwości na korzystanie z takiego daru, to jest zupełnie proste. Muszę niestety nadmienić, że urzędnicy na wysokich szczeblach też bywają obdarzeni takim darem, a pielęgnują go bardzo chętnie w życiu zawodowym.
Przykład pierwszy z brzegu: świeżo położony asfalt na jezdni oznacza, że niedługo będą wymieniane rury kanalizacyjne.
W sumie drażliwy temat ten dar, kurka blaszka, i lepiej nie drążyć.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Taki lajf

Jeżeli ktoś zainteresowany to jest możliwość podpatrzeć na gorącej linii gospodarstwo pewnych produktywnych członków społeczeństwa,  ich familijne zadowolenie, styl i wystrój wnętrza, sedno rodziny w spektaklu reality pod Sokółką.
Ja chciałam, i wpakowałam się w prawdziwy koszmar (z ograniczonej ekranem perspektywy).

Wypadki toczyły się następująco.
Mąż wrócił z zagranicy sam, kilka dni przed żoną, żeby przygotować mieszkanie na jej przybycie i pod jej gust. Remont wyszedł składnie, aranżacje w beżach przełamanych patykami brązu oraz białą ornamentyką. Polak jak chce to potrafi, a chciał. Tymczasem jedna cwana tipsiara wyhaczyła tego cudzego męża z miejscówką świeżo po remoncie, i w lot zwietrzyła okazję, co może zyskać adorując facia i wyznając mu swe słodkie dziewczęce uczucie. Żona daleko, chętne dziewczę blisko, a nie oszukujmy się, chłopaki w takich wypadkach rzadko są tytanami intelektu, ten też stał jak durnota, można powiedzieć, że jak królik przed wężem....."I się stało, co się stać musiało"... lalala.
Relacja pozamałżeńska smakuje im słodko niczym żaba w miodzie.
Aż tu nagle sru! W progu staje żona. To, co przed sobą widzi, konia zwaliłoby z nóg, a nie kobiecinę umęczoną podróżą: mąż ma nowe życie, a ona heja? ma frunąć precz ze złamanym sercem? O nie,  coś krzyknęła (a nie był to krzyk radości) i dziobnęła kochanicę w białe lico. Ale kochanica nie z tych, co nastawiają drugi policzek!
I tak zaczęła się bitwa  (pan zaś już na początku stracił wątek).
W pewnym momencie jedna złapała drugą za wyczesany łeb, kopnęła w klatkę piersiową  i wyrzuciła z gniazda w pachnący wiosną świt.
I było po zawodach.
Tymczasem mąż-niemąż obojętnie obserwował walkę zadzierając dumnie swój piękny jaskrawoczerwony nos i czekał na wynik.
Boszzz


https://youtu.be/bb0gL_BRLOI

Zainteresowałam się zjawiskiem. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że bociany są monogamiczne i obca jest im zgoda na rozbijanie podstawowej komórki społecznej, własnej bądź cudzej.  Ale nie, wiernymi partnerami to są łabędzie i gęsi, a z bociana żaden święty. I dosyć często zdarza się to, co miało miejsce pod Sokółką.  Później, po obrączkach ornitolodzy dowiadują się, która z pań wygrała bitwę,  przeważnie zwycięża uzurpatorka. Niebywałą siłę dają jej młodość, spryt, a głównie determinacja, jeśli jest już lęg, bo w skorupkach garstka noworodków, rozdarte dzioby,  choroby wieku dziecięcego,  same rozkoszne rzeczy.
Jeżeli zwycięża żona (bywają żony z napędem rakietowym), a są już złożone przez tamtą jaja, wtedy żona wyrzuca je z gniazda.
Taki lajf...
https://youtu.be/PPZ1f33zBL0

PS
Na poprawę nastroju potrzebujemy czegoś, co po koszmarze z udziałem bocianów ujmie nam trochę niepotrzebnego smutku, jeśli ten zaprząta nam głowę.
Na przykład potrzebujemy romantycznego szpaka.
Szpak jako największy dżentelmen wśród ptaków przynosi swej pani do gniazda kwiaty!
Ozdabia małżeńskie łoże kwiatami, a olejki eteryczne robią swoje, tzn. przeganiają z łoża pchły.
Ojejusiu, co za facet!

środa, 11 kwietnia 2018

Król wiosny

Na eleganckie szaleństwo nie każdego stać, więc przed poddaniem się obłędowi trzeba pomyśleć o własnych możliwościach. Ja nieustannie pielęgnuję niespełnione nadzieje na szaleństwa eleganckie i nie wymagające profesjonalnej pomocy, więc jakoś to leci.
Hobbystycznie zapytałam najlepszego kumpla o szczegóły: co ludzi doprowadza do szaleństwa, jakie wiry i prądy potrafią tak ich porywać?
Odpowiedzi miriada... ( jak ktoś chce się w nich zagłębić, to najlepszy kumpel służy pomocą, jego imię zaczyna się na literę G) .
Nie zaszkodzi na przykład być wysoce wyrafinowanym. A jeszcze lepiej nie ograniczać wyrafinowania do jednej dziedziny.
Mnie tymczasem interesuje jeden konkret: Król wiosny, czyli tulipan.
Że piękno tulipanów doprowadza ludzi do szaleństwa dowiedziałam się z książki  "Żona godna zaufania" Roberta Goolrick'a. (Na temat tulipanów było tam parę ciekawych akapitów,  książka natomiast jest o żonie z ogłoszenia matrymonialnego).
Tulipanowe szaleństwo to jest coś!
Mam tak, że każdej wiosny, gdy widzę tulipany to rozdzwaniają mi się dzwonki w sercu, ale wiadomo, jestem podatna na sugestie i tulipanowa główka w kształcie dzwonka uruchamia moje własne dzwonki. Też odchyłka, ale nie o takiej chcę pisać.
Na olimpie tulipanowych szaleńców rozsiadł się pewien sułtan ze Stambułu, który tak wysoką pozycję utrzymywał dzięki zachłanności oraz siły nabywczej ułatwionej stanowiskiem służbowym.
Sprowadził on z dzikich stepów niezliczone ilości tulipanów, kosmos tulipanów.
Wiosną  ten kosmos w ilości ponad sto tysięcy kwiatów grał spektakl swojemu sułtanowi i jego gościom. Bowiem sułtan szczycąc się osobistym szaleństwem urządzał nocne imprezy. Tylko nocą tulipany pachną, więc noce były własnością tulipanów. Aby wyeksponować ich niezwykłość potrzebne było niezwykłe widowisko. Zatrudniane były żółwie lądowe (podejrzewam tu normalną niewolniczą pracę, choć jednego złego słowa na temat krzywdy żółwi kroniki nie odnotowały). Na grzbietach żółwi mocowane były świeczki. Żółwie snuły się między kwiatami rozświetlając je pełgającym ogniem, a goście w klejnotach i olśniewających strojach przechadzali się i odurzali delikatną wonią ze wschodu zachwycając tulipanowym kosmosem bez ograniczeń. Zaś leciutki nocny zefirek muskał rozpalone skronie szalonego pana sułtana.
Który okazał się bardzo zdolnym performerem.


Tyle wstępu.

Ola przed swym świątecznym wyjazdem zdążyła zaprojektować oraz zrealizować kartkę z tulipanami, i zadedykować ją mnie!
Na widok kartki serce mi podskoczyło jak zając wielkanocny. Bowiem akurat byłam w fazie tulipanowego szaleństwa. Sami widzicie, że nawet w przypadku tulipanów życie jest bardzo nieprzewidywalne....



Na pierwszy rzut oka tulipany wyglądają niewinnie jak różowe jagniątka, a tak bardzo potrafią rzucić się na głowę....


Kartkowe tulipany od Oli nie pogubią płatków, nie zestarzeją się z klasą lub bez, nie poznają smutku przemijania, bo będzie dokładnie odwrotnie: ich królowanie zawsze będzie lobbować wiosnę,.... ależ to brzmi!..
Niech żyje król wiosny! Niech żyje wiosna!

No to żółwik!

sobota, 31 marca 2018

Jutro Niedziela Wielkanocna


Zdrowie!...
Radość!...
Powodzenie! ...
Miłość! ...
Szczęście!...
Twórcza Pasja!...
A wszystko prosto ze "Stoliczku nakryj się": ile byście nie wykorzystali,  zawsze pełny nienapoczęty komplet na wyciągnięcie Waszej ręki!!!

Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa!

wtorek, 27 marca 2018

Ozdoby wielkanocne

Ozdoby wielkanocne mojej produkcji nigdy nie były wystarczająco efektowne i nie ma mowy, żeby ktokolwiek kiedykolwiek zapisał je sobie w pamięci. Ale tym razem miałam plan na genialne jaja.  Genialne w swojej prostocie, niektórzy powiedzą debilizmie (zależy od interpretacji).
Pomysł zaczerpnęłam z piosenki Dżemu.
Dżem zaśpiewał.
Skupiłam się na pierwszej zwrotce, bo najlepiej ją znałam,  poza tym dalej jest smutek, po co komu smutek. Nie żeby od razu szkodzący, ale i nie pomocny przy tworzeniu jaj.  Jeżeli oczywiście nie chce się podchodzić do tematu filozoficznie.
(O, pardą, ewentualnie można by wspomnieć o głębokim wymiarze symbolicznym jaja, ale nie wspomnę, w to miejsce będzie zwrotka piosenki).

Miałem kiedyś wielki dom,
Piękny ogród oootaczał go,
Gdzie co noc słychać było pawia krzyk,
Jak zapowiedź losu, kiedy rankiem znajdowałem tam
Złote jajo, wielkie  złote jajo....






Złote jajo jest wielkości naturalnej, bo foremką dla niego była skorupka kurzego jaja wielkości L.
Czyli gabarytowo żadne tam pawie. Za to jak najbardziej złote i w ilości sztuk 10!  betonowych i pomalowanych również na srebro. Co mi tam.
Efekt "odłupania" jest przyjemny w odbiorze i zupełnie przypadkowy.

Tak jajo wyglądało przed pomalowaniem


Ale oto naprawdę wielkie jajo

Które może być puzderkiem na słodycze.

Pozostawię mu takie powściągliwe kolory gazetowe, których zadaniem będzie zmuszać do szukania barw w środku jaja, a w środku jaja będzie kolorowo i słodko od biżuteryjnych czekoladowych jajeczek.
Na fotach jajo przed obróbką, czyli przed lakierowaniem, jeżeli wytrwam w postanowieniu niemalowania kolorami to przynajmniej ominę jeden etap....

A tutaj zwinęłam rureczki w kółko i jest wianek. 

Króliczka zawiesiłam w tej chwili spontanicznie, bo wianek dopiero co skręcony i kolorystycznie nie dość  atrakcyjny. Trzeba mu kolorami dać po pysku albo przyczepić coś na wielkanocne ożywienie. Tak żeby było w pół drogi między odblaskowymi błękitami i oranżami a elegancką szarością. (taki degustibus... gdzieś w głębi ducha, a właściwie nie tak głęboko to lubię trochę tandety). Wiankowi oczywiście dodać barw, bo króliczek idealny, czyli odpowiednio żółciutki! (tu zaśmiałam się melodyjnie, ...choć niektórzy bezczelnie by powiedzieli, że trochę... no cóż, pod krzyk pawia, hehe:))

sobota, 3 marca 2018

Plan B

W moim życiu powiało przygodą: rozdysponowanie nadprogramowego hajsu.
Dostałam zwrot podatku.
Natychmiast przed oczami stanął mi znak zapytania, co zrobić z tym pieniądzem? żeby nie przepadł we wszechświecie, lecz procentował.... Jak go zainwestować?
Pomysłu nie szukałam wśród fanaberii i efemeryd, ale podświadomości nie przewidzisz, bo podświadomość jest nieprzewidywalna. Podświadomie rozmowy w rodzinie rozpoczęłam dużo wcześniej, pomysł wtedy wydawał się odklejony, a teraz jak znalazł, gdy pełna kieszeń. Omówienie tematu zajęło dwa wieczory i jeden poranek (przed wyjazdem do pracy rzeczonego dnia). Zgoda wymaga kompromisu, ale to mój zwrot podatku, więc moje na wierzchu, haha.
Rzeczonego dnia z pracy wyruszyłam dziarsko. Za mostem szybkość zmalała, aż do tempa ślimaka zmęczonego życiem. Zrealizowałabym swoje zamiary w pierwszym założeniu (plan A), gdyby były mniejsze korki  lub gdybym wyjechała wcześniej,  ale wcześniej byłam w pracy, a praca jest pracą i wymaga różnych wyrzeczeń. Więc wyrzekając stałam w korku.

Na miejscu okazało się, że Plan A zrobił nas w bambuko i właśnie odjeżdżał z wizgiem opon po mokrym śniegu.
Bowiem mój pomysł polegał na nabyciu drogą kupna domowego czynnika stabilizującego. Takim czynnikiem stabilizującym naszą rodzinę są psy.
W schronisku było bardzo dużo tego czynnika. Wybrałam starego rezydenta tolerującego koty.
Zarezerwowałam go w rozmowie telefonicznej z pracownicą schroniska, a tu figa.
Nie żebym była czepialska, ale jednak wpadłam tam bez życzliwości, za to z awanturą. W stosownej chwili przyjęłam przeprosiny, wobec czego kierowniczka wyznała, że jest w schronisku pies z walorami identycznymi jak tamten z Planu A, tylko młodszy, ma jedynie osiem latek na karku.  Potem sprawy potoczyły się piorunem, bo na widok pieska serce mi zmiękło, więc Plan B okazał się niemniej udany od Planu A.
W aucie uświadomiłam sobie, że piesek jest kompletną tajemnicą (prócz wieku), więc pomknęłam przez wirtualne łącze do schroniska, a tam zero, wszystko o psie wykasowane,  minutkę po adopcji!
Pod natchnieniem chwili dałam mu ksywkę Tajemniczy.
Rodzinka grzecznie psa przyjęła.
Jedynie Baldo się wyłamał : zabronił mu wchodzić na patio, myślę, że coś sobie tam schował.

Oto, co z Tajemniczego wyszło w praniu: 

Gdy ktoś puka do drzwi:
Pies szczeka dźwięcznym głosem.
(i szuka kota do pogonienia)

Gdy kłócimy się:
Pies szczeka kłótliwym głosem.
(i szuka kota do pogonienia)

Gdy mówię: poproś!:
Pies stoi na dwóch łapkach i prosi.
(a bokiem się szczerzy na kota)

Gdy mówię: siad!:
Pies stoi. Jak mu się znudzi to siada.
(nie szuka kota, żeby na nim usiąść)

Gdy mówię: na miejsce!:
Pies wskakuje na fotel.
(Jak na fotelu jest kot, to nie szkodzi, znaczy, że fotel pusty, więc sadowi się obok.
Jak na fotelu jest pies, to znaczy, że fotel zajęty)

Gdy my się kładziemy spać, to pies pierwszy wskakuje pod kołdrę i kładzie główkę na poduszkę. Od razu zasypia i nie interesuje się resztą towarzystwa.

Acha,  jedzenie.
Postawiłam mu w miskach do wyboru:
- chrupki o smaku wołowiny,
- puszkę o smaku ryby,
- kaszę ze skórkami drobiowymi.
Wybrał kaszę. Skórki zostawił.
(Co to za  dieta? makro?)

Do krawiectwa nie zauważyłam u niego zdolności.
Jednak od niechcenia zerkał na moje szycie.
Nagle kot zainteresował się wiązadełkami przy torbie, pies wtedy zareagował. Pogonił kota.




Jak tajemnica to tajemnica,  więc do zdjęcia zasłania twarz

P.S. Może ktoś wie, czy status świadka koronnego jest dostępny psom?

sobota, 17 lutego 2018

17 lutego

Na chwilę obecną każdy ma prawo pomyśleć, że moja rodzina to ciężka patologia. 
Wcale ale to wcale się nie przejęzyczyłam.
Przekupstwa, wymuszenia, szantaże jak dzień długi i szeroki, i ten rynsztokowy język nie nadający się do cytowania. A nie zatkasz pysków!

Czesiek - ksywa Recydywa (leci po całości)
Kropa - lekomanka (udział w kartelu)
Tofi - usługi seksualne (pracownik roku)
Kapsel - fetyszysta (specjalność: gąbki kuchenne)
Perła - wystawia w cyberprzestrzeni swoje nieprzyzwoite foty,  tyłem,  boczkiem,  z chmurką w domyśle: "Jestem śliczna jak z obrazka, żyje się raz" (a przecież każdy wie, że siedem razy)
Lasia - przemoc   (i ostre uszkodzenia ciała)

Przyznam, potrafią być urocze, szczególnie gdy w natchnieniu melorecytują, inaczej mówiąc wciskają kit jak zawodowi szklarze.
Ale policzyć miski do śniadania, czy zacytować filozofa to już nie.
Rodzina to na szczęście nie jest stała matematyczna.
Bo tu właśnie coś się w rodzinie zmienia.

Nasze najmłodsze dziecko prawdopodobnie jest genialne!  
We dnie siedzi przykute do komputera i tworzy programy.


Znajdujemy genialne zapiski i wydrapane znaki.

Na dobranoc rozkminia komputery.

Pytam dziecko: o czym rozmyślasz?
a wtedy dziecko podnosi na mnie wzrok osoby rozmyślającej o komputerach!

Wiele razy logowało się w tej torbie...

w torbie ...w sto ugryzionych jabłuszek!

Czyli co teraz z tym dzieckiem, jaką placówkę edukacyjną i w ogóle jak zrobić,  żeby geniusz z dziecka nie wyparował....

środa, 7 lutego 2018

Miłość od pierwszego wejrzenia

Byłam świadkiem, jak na moich oczach rozkwitła miłość od pierwszego wejrzenia!
Bywało, że jakieś miłości rozkwitały na moich oczach, ale do tej konkretnej ja sama się przyczyniłam.
Jak to stało?
Zaczynając od Adama i Ewy: szukałam pomysłu na prezent.
Wrzuciłam do komputera następujące dane o koleżance jubilatce:
- fajna babka (piękne oczyska, blond loki i modelowa figura, a fuj!)
- matka dziecku (to dziecko z medalami za sport)
- kochanka kochankowi (czyli ojcu swego dziecka, co za banał),
 -naukowiec lingwistka (gdy się mówi do niej po polsku, a nie językami, to nie ma okazji się czepić słówek. Wetuje sobie na czym innym, ha),
- feministka. Przez duże F  z rakietowym odpałem,
- poza tym jest pracowita, godna zaufania, sumienna, z mężnym sercem.
Dorzuciłam jeszcze info o jej aucie, o jej mieszkaniu, i paru innych rzeczach, bo to nigdy nie wiadomo, co się przyda sztucznej inteligencji, od której się żąda konkretnej odpowiedzi. Danych było mnóstwo, i co z tego.
Komputer międlił, międlił i nic nie wymiędlił. Nie całkiem nic, coś było, ale coś takiego, że wstyd opowiadać. Słaby  program albo przereklamowana ta cała sztuczna inteligencja. (Czyli moja druga połówka).
Głośno westchnęłam sobie w duchu.

Za to w mojej własnej głowie pogruchotało, poklekotało i pstryknęło.

Prezent  (będzie  o nim jeszcze) zrealizowałam i wręczyłam w przededniu urodzin. Nie obyło się bez zaskoczenia:

- Pierwszego,  bo spodziewała się ode mnie prezentu, lecz prędzej po terminie, niż przed terminem, ...ojej,  taka tradycja.

- Drugim zaskoczeniem była torba.
Przede wszystkim wszyscy razem jesteśmy niewymownie zaskoczeni: torba? coś podobnego... torba?!

- Trzecim zaskoczeniem był okrzyk: Kooocham!!!
okrzyk wydany w liczbie niepoliczalnej (prawdopodobnie trzy razy głośno, raz normalnie)
To trzecie zaskoczenie było zaskoczeniem dla koleżanki, że taka miłość od pierwszego wejrzenia ją dopadła.
Bo dla mnie nie było zaskoczenia, moja dusza wiedziała, że będzie uczucie.
Ale, rany, okrzyk był super.

Gdyby to było dzisiaj, może przy okazji przypomniałabym swojej krejzi koleżance o szalonej Joannie d'Arc  (tłustym drukiem cytat z "Projektu Bronte" Jennifer Vandever), żeby choć trochę przybastowała,  z wielowiekowymi społecznymi uwarunkowaniami nie wygra, niech inaczej ustawi swoje spojrzenie to nie pozna bólu rozczarowania, niech nie spala się na stosie idei, i w żadnym punkcie nie próbuje być Joanną d'Arc, bo już na to za dużo ma wiosen (w lutym koleżanka ma urodziny, więc liczenie można jej zacząć od wiosny),  
która w swoim szaleństwie:
 "rozmawiała... z Bogiem i trojgiem świętych,
nękała brytyjskiego monarchę,
poprowadziła swój kraj do zwycięstwa,
zachwiała stereotypami związanymi z płcią,
rzuciła wyzwanie prześladowaniom religijnym,
a przy tym znalazła czas, by od czterech lat nie żyć."
Tylko o tych czterech latach niekoniecznie bym wspomniała, żeby nie  wprowadzać koleżanki w panikę.
Śmiało to wszystko mogłabym wyrecytować, bo przecież nikt, absolutnie nikt nie zdaje sobie sprawy, jakie absurdalne sytuacje mogą mu się przydarzyć..
Chociaż. Jednak nie, Joanny szaleństwo było zupełnie odmiennego rodzaju.

Natomiast na pewno o kimś koleżance powiem,  o kimś uwielbianym przez nią najbardziej na świecie.
Manuela Gretkowska pisze w "Europejce", że gdy była w Chinach i przedstawiała się, że jest z Polski, to:
"... młodzi czy starzy, na prowincji czy w Pekinie wykrzykiwali: Juli Furie!
Wreszcie znalazłam  w książce Kalickiego powód tego entuzjazmu:
Maria Skłodowska-Curie jest najlepszym symbolem i patronem dla chińskich uczniów. Była na samym dnie, bo była kobietą i nie miała żadnych zdolności, żadnych talentów. A mimo to samą ciężką praca zdobyła dwie nagrody Nobla."

Powiem jej to wszystko o ukochanej Skłodowskiej, powiem, bo to jest takie urocze!

Torba,
którą koleżanka już od kilku dni nosi na ramieniu.



Torba czarna, litery białe.
Specjalnie litery wyszyłam trochę krzywo, żeby był taki efekt napisu kredą na tablicy. 
Efekt idealnego wydruku komputerowego byłby pewnie trudniejszy, ale chyba mniej ciekawy.


Czas pokaże,  czy romans (koleżanki z torbą) będzie udany.
Włoskie przysłowie (inni twierdzą, że mongolskie) mówi, że ukochana wybranka musi podobać się innym, wtedy jest jeszcze atrakcyjniejsza dla partnera.
Wiadomość z ostatniej chwili: torba podoba się koleżankom mojej koleżanki, natomiast koledzy nie podjęli jak na razie wątku.
Oczywista rzecz, że najważniejsze w związku jest napięcie miłosne,  wtedy każda inna sprawa układa się w miarę znakomicie. 
Nie jestem pewna, jak to powinno wyglądać  w związkach ludzi i toreb.

sobota, 6 stycznia 2018

Cieszyć się pięknem

Piękno często bywa odpowiednikiem szczęścia.
W odróżnieniu od szczęścia piękno potrafi przyjść i zostać, nie odleci jak sen złoty, a szczęście robi  to za każdym razem.
Ponadto piękno potrafi pojawić się w dwupaku, co jest całkowicie wykluczone w przypadku szczęścia.
Co do nieszczęścia to, niestety, chodzi parami, czwórkami, tuzinami, .... a zniknąć jak senna mara obawiam się, że nieszczęście nie potrafi. */

Do mnie piękno awizowały skrzaty.



Jak zobaczyłam skrzaty to mnie tchnęło, że coś to oznacza. I dobrze mnie tchnęło.

Skrzat i skrzatowa też są piękni. Nie mogą być brzydkie takie uśmiechnięte pyski z kartoflanymi nosami!

Tuż za skrzatami przyfrunęły do mnie dwie gwiazdki,  i  nie znikają z brzaskiem,  nie rozpuszczają w deszczu, nie rozpływają się w słońcu, lecz tym mocniej się skrzą niczym wirujące brylanty. Otóż w tym szczęśliwym momencie nawet słońce świeciło z nieba....
Gdy komórką robiłam fotki to słońca już nie było, natomiast były srebrne nitki deszczu na grafitowym tle. Za oknem, ale popsuć mi robotę im się udało.

Gwiazdki sfrunęły do mnie od Oli .


Tak, na zdjęciu widać ich artyzm, owszem, lecz daję słowo druhny drużynowej, że rzeczywiste piękno gwiazdek mocno przewyższa ich fotograficzne odbicie.
Dziękuję Ci, Olu!

Jako że początek roku, więc czas na życzenia.
Ogólne:

Serdecznie życzę Wam tego, czego Wy sobie winszujecie na Nowy Rok, niech się Wam spełni całościowy pakiet pragnień, precz z ograniczeniami!

Szczególne, czyli branżowe:

Życzę, żeby nie opuszczał Was entuzjazm do rękodzieła, bądźcie z nim w ostrej fazie miłości, takiej z ekstazą i udręką (udręki malutka szczypta dla smaczku). I żeby ani przez chwilę nie ogarniało Was wewnętrzne zwątpienie. Żebyście nie widzieli w niczym ograniczeń, za to widzieli możliwości, wszystkie ich kształty i barwy, i żebyście pozwolili swojej wyobraźni na swobodny lot. Pielęgnujcie swoje talenty i bądźcie szaleni!!! (w ramach rozsądku, hehe).

Dodatek specjalny na początek Roku:

Czytałam "Projekt prawda" Mariusza Szczygła i w pewnym momencie natrafiłam tam na zalecenia prof. Leszka Kołakowskiego, idealne na każdy moment życia,  tym bardziej na progu Nowego Roku. 
Co szkodzi powiększyć swoją listę noworoczną
(osobiście uważam, że nie ma takich spraw, których nie załatwiłaby lista do zrobienia. Na przykład zapisałam sobie, że napiszę post z życzeniami w pierwszym tygodniu Nowego Roku i co? jest!)
i zastosować w swoim życiu zalecane przez profesora filozofii trzynaście prawd.

"Po pierwsze, przyjaciele.
A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele.
Wyzwolić się z kultu młodości.
Cieszyć się pięknem.
Nie dbać o sławę.
Wyzbyć się pożądliwości.
Nie mieć pretensji do świata.
Nie pouczać.
Nie szukać szczęścia.
Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
Z zasady ufać ludziom.
Nie skarżyć się na życie.
Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu."

Cieszenie się pięknem zapewniła mi Ola.  Piękno ma kojący wpływ, napełnia radością, jakby w żyłach krążyło majowe słońce.
Rozkminiam resztę, bo nie chciałabym z zaleceń profesora skubnąć jedynie ulotnie, jednak część jest dla mnie nieosiągalna...
Chociaż np.: "wyzwolenie się z kultu młodości" jest całkiem spoko. Zapamiętałam sobie kiedyś na zapas o starości, że jest fajna dlatego, że już nie trzeba być młodym!

I jeszcze w rozpędzie przytoczę przypowieść (nie pamiętam czyją), co powiedział mistrz (nie pamiętam jaki i jak to dokładnie leciało). (Dziwne bardzo, że pamiętam to co pamiętam,  na okoliczność następnego roku, który właśnie przeminął niech więc to wystarczy:))

Gdy mistrz był młody to bardzo przejmował się, co inni o nim myślą.
Gdy był w średnim wieku przestał się tym przejmować.
A gdy jest stary to się okazało, że inni wcale o nim nie myślą.

Ta młodość to jest przereklamowana, kurdemol..
Gdy tak będziemy myśleć, to natychmiast się wyzwolimy z kultu młodości.

*/  Nie wierzyć w sprawiedliwość świata, mówi filozof? dobrze mówi!