Po wzór (a'la Nefretete) zanurkowałam do Pinterestu.

Torba jest czarna jak heban, na zdjęciu ta czerń jakby mąką przysypana. Nie wiem czemu. Żeby ową hebanową czerń uczynić mniej przerażającą użyłam kilka razy nici koloru czerwono-malinowego.
Główną aplikacją jest wpisana w serduszko psia mordka, moim zdaniem to mordka pieskowej królowej Nefretete.

Do torby w komplecie jest afrykanka (czarne do czarnego), która dzięki stałemu dostępowi do słońca ma energię i siłę (mimo chudych ramionek), więc poniesie
zakupy w każdej ilości.

Bo bez przerwy ćwiczy na sucho. Z naczyniem pustym, ale dużym i nieporęcznym.

Właścicielka torby i afrykanki, ew. afrykanki i torby jest zadowolona.
Całościowo w kwestii zadowolenia to sprawdziłam i potwierdzam, że ogólny jego stan jest zależny od tego, jaką ofertę dań serwują mózgowi oczy korzystając z dystrybucji atmosferycznych specjałów.
Obecnie mózg mnie zawiadamia, że jest obrażony na meteorologiczne kulinaria, są paskudne i niestrawne.
Śniadanie jak cie mogę, ale od obiadu do kolacji:
1. Młoda próchnica wraz ze świeżą dostawą więdnięcia, rdzewienia, czernienia. Ohydztwo.
2. Kopiaste, brudne, napuchnięte chmurzyska
3. nabite ostrymi jak igły deszczami
4. które błyskawicznie zamieniają złoto i purpurę liści w burą butwiejącą papkę,
5. Należy wspomnieć o wybitnym udziale wiatru jako skocznym kuchciku: co on podrzucił, to deszcz posiekał.
I niestety dla durnej zabawy ten rozpuszczony wiatr wywiał mi mózg z głowy!
(pozostaje cień nadziei, że mój kot, ten zamieszkujący głowę przydał się wreszcie i złapał w ostatniej chwili w łapki kawałek szarej mało zużytej oponki... Ale tylko cień, bo nie chcę się rozczarować.
Jeśli jesteście, to słuchajcie dalej).
To było jakoś tak, że przy kulminacyjnym podmuchu przytomnie zatkałam uszy, zamknęłam oczy, potem jedna chwila i równowagę złapałam dopiero z nosem w glebie. Nosowi nic, lecz zwichnięta kostka. Pocieszam się trochę, bo nieważne, że upadłam, ważne, że się podniosłam, no bo przecież się podniosłam. No i że nosowi nic.
Wobec tych pięciu punktów (i kontuzji) mój stan zadowolenia jest niezadowalający. Nie poprawia go jesień, co zawisła nad krajem jak smog, choć tegoroczny październik nie odbiega od schematu na niekorzyść, lecz ajnmoment i zaczną się listopadowe szarugi. Z szarugami czy bez szarug uważam, że każda jesień jest bardziej destrukcyjna niż kreatywna. Być może amatorzy tej pory roku będę twierdzić odwrotnie, że jesień niszczy, żeby kreować. Nic a nic mnie to nie pociesza i nie umniejsza jesiennych zakłóceń w moim mózgu (w niedużym kawałku oponki, przy dobrych wiatrach).
Na szczęście tak jak każdy, też mam w zanadrzu kilka szybkich interwencji prawdopodobnie z poradników, czy może sama wymyśliłam?
(jesteście jeszcze? dacie radę wysłuchać prawdy objawionej?)
Od czasu do czasu fundujmy swojemu mózgowi odpoczynek w postaci widoku rozległego horyzontu: od horyzontu po horyzont. I koniecznie pyknijmy zdjęcie.
Gdyby się zastanowić, to w zasadzie przez cały rok otaczają nas mury, ściany, zamknięte bramy i gęste przeszkody; i jak umysł ma się nie zaciemniać, gdy otoczony jest zwartym płotem? (metaforycznie), ile można żyć za płotem? (metaforycznie). Mnie życie za płotem kiedyś się zdarzyło, wtedy uznałam, że mam po prostu depresyjną osobowość, bo skąd ten długi zły nastrój i słabszy dzień trwający parę miesięcy?... W porę się obudziłam, i od tamtego czasu testuję wytrzymałość teorii, że dla odpoczynku umysłu wystarczy udać się w podróż przy pomocy swoich własnych otwartoprzestrzennych fotek, (osoby z agorafobią proszone są o zastosowanie innego zestawu zdjęć). Dla mnie najlepsze są takie: po środku ja, u góry histerycznie błękitne niebo, u dołu jakiś żółciutki piaseczek, a pomiędzy rozlane morze; dlatego tak, bo serce moje bije dla morskich krajobrazów. I jeszcze jeden warunek tak samo ważny jak otwarta przestrzeń: patrząc na te zdjęcia przywołać siebie szczęśliwą, siebie z cudownych chwil, beztroskich godzin.
Po takim seansie może, podkreślam: może poczujecie się, jakby ktoś was podłączył na powrót do baterii.
Jeśli się nie uda za pierwszym razem, to należy próbować dalej. I pamiętać, że teoria sobie, a rzeczywistość sobie. Tyle dobrego, że bez powikłań.

Bałtyk plus jednostka pływająca.
I love it.