Dzisiaj tak u nas wieje, że ludzie i zwierzęta latają niczym mewy.
Nie mówię, że ja latam, bo ja się akurat dobrze trzymam ziemi. Chociaż właśnie sobie "polatałam"...
Częściowo w celach towarzyskich, a częściowo po odbiór zamówionych jajek. Chcieliśmy kupić je tylko dla siebie, ale nagle okazało się, że takich jajeczek od podwórkowych kureczek również chętnie w święta skosztują dwie ciocie, wujek, druga żona syna sąsiadki i moja osobista koleżanka. Więc trzeba było ruszyć z żebraczą krucjatą do zaprzyjaźnionych sąsiadów naszego kuzyna (luźno przyszytego, ale zawsze kuzyna) za jajkowym łupem.
Ten kogut na nasze powitanie defiladowym krokiem obszedł podwórko i zarządził przegląd swoich oddziałów. Myślę, że to o to chodziło, bo nagle cały drób skądś się pojawił, a przed chwilą jeszcze żywej duszy. Małym wytłumaczeniem jest fakt, że podjechaliśmy z wizgiem na podwórze, wiatr serdecznie nas popychał i wszyscy tam (łącznie z kogutem) myśleli, że to właśnie jest ta chwila, kiedy przed dom spada meteoryt.
Po komendzie wydanej przez koguta: "spocznij, wolno palić" drób rozwłóczył się po podwórzu.
A to jest perliczka.
Bardzo słaba fota, bo ją mocno powiększyłam z małego punktu na zdjęciu.
Pomimo tego, że na wstępie chwaliłam się lataniem, to jednak nie latałam z aparatem (telefonem) po podwórku, chociaż dookoła miałam same nieloty i mogłam się chwalić lataniem przed tym ptactwem.. , ale nie skorzystałam z okazji i z daleka do nich strzelałam.
Ta perliczka (albo któraś z jej sióstr) jest wybitną biegaczką, w celu pofruwania nawet wiatr nie zdoła ją na tyle podrzucić w górę, żeby sobie dała radę.
Podobno kiedyś zrobiła sobie wychodne i udała się w nieznanym kierunku. Po południu dziecko kuzyna (12letnie) jechało na rowerze i około dwa km od domu spotkało jakąś perliczkę na drodze. Kura goniła sprintem ten rower przez całe dwa km. (Inne źródła podają, że było to około 500 metrów, ale ja wolę wersję, że dwa kilometry) i do mety dotarli exequo.
Usłyszałam jeszcze taką historię, że perliczka drze dziób na tak wysokich nutach, że jeżeli jakieś szczury chciałyby w okolicy założyć swoje rodziny, to nerwy im wysiadają i nie pozwalają na miłą egzystencję z wrzeszczącymi sąsiadkami. Może ze względu na to kuzyn trzyma perliczki, a może ze względu na bardzo smaczne jaja. Obie wersje godne prawdy.
Odwiedziliśmy też Królewicza.
Dorodnie sobie wygląda, nie ma już pleców ozdobionych szpiczastym żaglem, co prawdopodobnie było jednak kręgosłupem.
Jest też zła wiadomość: królik ma bielmo na jednym oczku, ale nie dostał go jako rekompensatę za stracony żagiel na grzbiecie. Wtedy gdy go znaleźliśmy, oczka miał mocno zaropiałe, a my też nie wpatrywaliśmy się mu w źrenice, i tak nic by to nie dało.
Na szczęście jedno oko ma zdrowe i może nim wiosnę oglądać w pełnej krasie.
Jeżeli ona wreszcie pojawi się bardziej okazale niż na tym zdjęciu!
