Sprawdziłam w programie telewizyjnym, czy będzie coś fajnego, na co można by zarezerwować sobie świąteczny czas. Polsat zapowiadał "Jedz, módl się i kochaj" i wtedy przypomniałam sobie, że mam na półce wypożyczoną z biblioteki książkę, na podstawie której powstał film, a jeszcze jej nie czytałam.
Filmu zresztą też nie widziałam.
Postanowiłam szybko uwinąć się z czytaniem i skonfrontować ją z filmem, żeby mieć taką kolejność doznań.
Przepisałam kilka akapitów, taka dla Was próbka prozy.
(W części związanej z Włochami)
"Poszczególne słowa wywoływały u mnie zachwyt.
Zaczęłam mówić o swoim telefonie komórkowym mio telefonino (mój telefonik).
Dołączyłam do grona tych irytujących osób, które mówią :ciao!
Tyle, że ja byłam jeszcze bardziej irytująca, bo zawsze wyjaśniałam, skąd się to ciao wzięło.
(Jeśli musicie wiedzieć, to jest skrót używanego przez średniowiecznych Wenecjan przyjacielskiego pozdrowienia:
Sono il syo schiavo!
Co znaczy: "Jestem twoim niewolnikiem").
Już samo wymawianie tych słów powodowało, że czułam się seksowna i uszczęśliwiona.
Moja prawniczka uważała, że nie mam się czym przejmować, powiedziała, że jakaś jej klientka (z pochodzenia Koreanka) po koszmarnym rozwodzie zmieniła urzędowo nazwisko na włoskie, po to tylko, żeby ponownie poczuć się seksowna i uszczęśliwiona."
(W części związanej z Indiami)
"Kiedy byłam małą dziewczynką, trzymaliśmy kury. Zawsze mieliśmy ich z tuzin i kiedy któraś z nich ginęła - porwana przez jastrzębia, lisa lub jakąś tajemniczą kurzą chorobę - ojciec kupował na jej miejsce inną.
Jechał do pobliskiej fermy drobiu i wracał z nową kurą w worku.
Rzecz w tym, że trzeba być ostrożnym, kiedy wprowadza się taką kurę do stada.
Nie można jej tak po prostu wrzucić do pozostałych, bo zobaczą w niej napastnika.
Trzeba wsunąć tego nowego ptaka do kurnika w środku nocy, kiedy pozostałe śpią. Posadzić go na grzędzie obok reszty i cichutko się oddalić.
Rano, kiedy kury się obudzą, nie zwrócą uwagi na przybłędę, pomyślą sobie tylko: "Musiała tu być przez cały czas, skoro nie widziałyśmy, jak się pojawiła".
Dowcip w tym, że ta nowa kura nawet nie pamięta, że jest nowa i myśli sobie tylko: "Musiałam tutaj być przez cały czas."
Dokładnie w taki sposób pojawiłam się w Indiach."
(W części związanej z Indonezją)
"- Czy naprawdę masz na imię Mario? Nie brzmi to zbyt indonezyjsko.
- Nieprawdziwe imię - odparł. - Prawdziwe to Nyoman.
Aha... powinnam była wiedzieć.
Powinnam była pamiętać, że mam 25% szansę odgadnięcia, jak Mario naprawdę ma na imię.
Na Bali, jeśli mogę sobie pozwolić na dygresję, są tylko cztery imiona, które większość mieszkańców wyspy nadaje swoim dzieciom, nieważne, czy to chłopiec, czy dziewczynka.
Te imiona to: Wayan (wymawiane "Tajen"), Made ("Madej"), Nyoman i Ketut.
Imiona te znaczą po prostu Pierwsze, Drugie, Trzecie i Czwarte, i określają kolejność narodzin.
Jeśli ma się piąte dziecko, zaczyna się ten cykl od nowa, tak że piąte dziecko nosi imię, które znaczy mniej więcej tyle, co "Wayan do drugiej potęgi".
I tak dalej.
Jeśli się ma bliźnięta, nadaje im się imiona zgodnie z kolejnością przyjścia na świat.
Ponieważ w zasadzie są tylko cztery imiona (wyższe kasty mają inny zestaw imion), jest całkiem możliwe (bo wręcz całkiem częste), że dwoje Wyanów bierze ze sobą ślub.
I oczywiście ich pierworodne dziecko będzie nosić imię Wayan."
Potem zasiadłam do filmu.
Może by parę słów o fabule.
Liz - pięknej dziewczynie w średnim wieku życie układa się doskonale, jest zdolną pisarką i żoną kochającego ją męża. W pewnym momencie to wszystko zaczyna ją nudzić, marzy o czymś innym, tylko nie wie o czym.
Konsekwencją tych marzeń nie wiadomo o czym jest decyzja o rozwodzie z mężem, do którego nie czuje już miłości; trudno jej przychodzi namówienie męża do rozwodu, bo on ją wciąż kocha.
(Tu potwierdza się coś, co kiedyś usłyszałam, lecz w to nie uwierzyłam: że znacznie trudniej jest kochać niż być kochanym. Czyli to się zdarza, a książka i film potwierdzają...).
Bierze sobie kochanka - aktora ze swojej sztuki.
Okazuje się, że młodszy kochanek to też żadne rozwiązanie...
Co tu robić?
Co? wyruszyć w podróż życia!
Do Włoch - po strawę dla ciała, do Indii po strawę dla duszy, do Indonezji - po miłość.
Całe szczęście, że grała Julia Roberts, jej kreacja ratowała Liz, bo poza malowniczymi zdjęciami
(Włochy, Indie, Bali, te krajobrazy, te obrzędy, naprawdę było co pokazywać), to emocjonalnie czułam niedosyt. Na pewno dlatego, że tuż przed oglądaniem przeczytałam książkę, a książka jest z gatunku tych, co wciągają z kopytami.
A film... miałam ochotę parę razy wyłączyć, szczególnie jak zaczynały się reklamy to wtedy mnie kusiło, ale jednak nie wyłączyłam.
Więc trochę się czepiam.
W filmie wygłaszali banały głęboko prawdziwe, np. "Fale zmian bez końca uderzają o brzeg", spotkania Liz w podróży obfitowały tylko w dobrych i życzliwych ludzi, przeszła przemianę duchową, odnalazła miłość.
Proszę udać się w podróż, jeżeli ktoś akurat jest sfrustrowany i nie może się odnaleźć w życiu...
Czytając książkę bardzo lubiłam główną bohaterkę, za to w filmie postać Liz jest irytująca przez swoje niezadowolenie z życia. (Chociaż J.Roberts jako pełna wdzięku osoba i dobra aktorka robiła co mogła, ale fakty pozostają faktami - Liz to znudzona przedstawicielka średniej klasy).
W podróży dokonuje się w Liz przemiana, odnajduje równowagę i satysfakcję.

Liz lekko znudzona mężem

Liz próbuje sił w medytacji
Liz odnajduje miłość
Jak teraz czytam, co tu wysmarowałam, to wychodzi, że bardzo się poświęciłam, oglądając ten film.
Moje wrażenia były takie: książka opiera się na prawdzie, film to tylko piękna baśń.
No i pięknie, a nieporozumienie stąd wynikło, bo znowu wyskoczyłam ze złym pomysłem konfrontacji książki z filmem.
Książka to książka, a film to film; reżyser musiałby być czarodziejem, żeby pokazać w filmie książkowe niuanse. Po co rozkminiać, trzeba siadać, oglądać i cieszyć się szczęśliwym happy endem.