Mimo to radzą sobie, bo nie można bezkarnie mieć kilkumiesięcznej chandry, bo zawsze należy zachować dystans. Każdy ma jakiś swój sposób, jakąś formę terapii, bardziej lub mniej zaczarowaną abrakadabrę. Zastanawiam się nad wzbogaceniem swojej, bo według aktualnego stanu uważanie, żeby nie wstać rano lewą nogą nie wystarcza.
Teraz nastąpi prywatny wtręt.
Listopad pokazuje, co potrafi, a potrafi wszystko, choćby odebrać życie. Mojej koleżance. W piątek pojechała na badanie do szpitala, w trakcie badania źle się poczuła, więc zatrzymali ją na oddziale, w nocy straciła przytomność, i już jej nie odzyskała, śmierć przyszła we wtorek.
Czy rzeczywiście życie ma swój głęboki sens? jaki ma cel? czy wszystko jest po coś? mam ochotę zapytać, czy jest na sali tłumacz, bo ten temat całkowicie przekracza moje możliwości percepcyjne. Jedynie czego jestem pewna, to głównych filarów istnienia: cierpienia i obowiązków.
Mówiono: harcerka, a była nie harcerką lecz wołem roboczym, dawała się wykorzystywać, chętnie nazwałabym ją głupią naiwniaczką, ale nie nazwę, to było wspaniałe.
Nie wierzę, że nie żyje. Doprowadza mnie do szału myśl, że jej nie ma, a tu wszystko jak gdyby nigdy nic.
A jednak gdy wczoraj widziałam, że biegła i tylko grzywka jej podskakiwała, to nie pojechałam za nią i jej nie zawołałam! od kiedy to jestem taka racjonalna i nie wierzę w równoległy świat? po prostu okrutnie uznałam, że nic z tego nie będzie (jak powiedział matematyk mnożąc przez zero).
Na razie z tej śmierci wyciągnęłam roztropny wniosek: na badania do szpitala nie dam się zaciągnąć nawet w sto koni. Tzn. gdyby konie namawiały, to ja na to: o nie, nie skorzystam póki mi życie miłe.
Wracam do tematu jak zachować psychiczne rezerwy na następne groźne miesiące i wciąż dzielnie trwać na posterunku obowiązku i cierpienia.
Cierpienie dopada człowieka o każdej porze dnia i nocy, niekoniecznie listopadowej, wiadomo, że rękodzielnicy to wrażliwy materiał i mają obowiązek od czasu do czasu pocierpieć, lecz tylko troszeczkę, tyle, żeby pomogła i ukoiła je sztuczka z papugą, o której to sztuczce zaraz napiszę.
W ogóle to chyba już o tym kiedyś pisałam, ale pewności nie mam.
Ignacy Jan Paderewski miał papugę, którą nauczono kilka słów i pokazano co ma robić. Była widocznie dość bystra i taka właśnie papuga jest nam tu potrzebna.
Gdy Paderewski grał, papuga siadała blisko niego i zaraz po zakończeniu utworu darła dziób: "Brawo mistrzu! Bosko! Bis!" Albo pochylała głowę i szeptała: "O Boże, Jakie to piękne!"
Cudownie prosta terapia. Jeżeli wielkiemu kompozytorowi coś takiego było potrzebne, to co dopiero rękodzielnikowi, nawet bardzo zdolnemu.
Jest jeszcze jeden sposób bez gadającej papugi, za to z psem, bystrość psa nie ma znaczenia, pies potrafi pocieszać bez słów, pies to moim zdaniem podstawa. Terapia polega na tym, że patrzymy w oczy swoich psów i pławimy się w nieskomplikowanie czystym szczęściu. Podobnej terapii polegającej na bezwarunkowej akceptacji, oddaniu i miłości, jakim pies obdarza człowieka nie doświadczy się przy udziale kochanka, rodzica i w ogóle nikogo (będąc kochanką, dzieckiem swojego rodzica i w ogóle nikim odpowiedzialnie zaświadczam).
Przy okazji przedstawiam uszytą przeze mnie torbę.

Uszytą według zamówienia (wzór love podpatrzony w Pintereście)

Torba jest czarna, ma suwak i podszewkę.

I usztywnione rączki.
Niezależnie od innych terapii to praca, choćby była szyciem, jest również jakąś terapią.